Figurkowy Karnawał Blogowy – Odsłona 60! – Kości Zostały Rzucone

Zostałem na ochotnika poproszony, do poprowadzenia jubileuszowej, zaszczytnej, sześćdziesiątej edycji Figurkowego Karnawału Blogowego, który to, z tego co doczytałem, ma tradycję dłuższą niż ja się w ogóle bawię z publikowanie swojego paćkania hipków!

Edycję pięćdziesiątą dziewiątą, na koniec lipca, zamknął Zielony Skaven, nie omieszkajcie rzucić okiem.

Druga połowa okresu letniego, część z Was zapewne już po urlopach, część przed a i zapewne niektórzy właśnie dłubią jakieś sążniste projekty. Sierpniowa edycja Figurkowego Karnawału Blogowego otrzymuje temat „Kości Zostały Rzucone”!

Gajusz Juliusz Cezar w całej olśniewającej okazałościAlea Iacta Est, jak to – nie przymierzając – rzucił Gajusz Juliusz Cezar, przekraczajac Rubikon, a co z łaciny można  przetłumaczyć jako „Kostka została rzucona„. Idealnie, bo dokładnie o to nam tutaj się rozchodzi! Skoro mamy temat kości, to możecie, drodzy współblogerzy, czynić co Wam się żywnie z owymi kostkami podoba! Modele dzierżące kości? Postument w kształcie kostek? Coś jeszcze ciekawszego? Bardzo dobrze!

Ja swój plan już mam, sierpień więc będę miał baaardzo pracowity!

Komentujcie wpis ze swoimi odnośnikami, oznaczajcie i działajcie! Jestem wyjątkowo ciekaw tego, co przyjdzie Wam do głów!

Ja sam zaczynam już zbierać materiały, zakasywać rękawy i jak to mawiam ostatnio, czas ciąć plastik i krzesać opiłki! 🙂

Elmin

Reklamy

Crystallized Scars, cz. 2/2

Najwyższy czas na drugą część wpisu o chaośnikach z Crystallized Scars, popełnionych na konkurs „Przed wyruszeniem w drogę, należy pomalować drużynę”. Pierwszą część wpisu znajdziesz tutaj.

W tym wpisie zacznę od wykończenia podstawek modeli oraz samej dioramy. Korzystam z posypek w postaci zakupionego na allegro piasku, o różnej gramaturze ziarenek. Tu nie chciałem by piasek wyjątkowo mocno się wybijał nierównościami, bo jeszcze plexi i czarne kawałki szkła miały się ładnie wyróżniać pośród pustyni. Użyłem najdrobniejszego jaki posiadam, dzięki czemu naprawdę wyszło odpowiednio piaskowo. Wszystkie elementy dekoracyjne podstawek kleiłem na wikolu. Pustynne kępki traw zakupiłem u Sławka z Paint Forge i one były ostatnim elementem, jaki upiększył figurki, w zasadzie kończąc modele jako takie!

Jak widać, w dzisiejszym wpisie będzie masa zdjęć 😀
Czas przejść do finalizowania dioramy. Tutaj największym problemem było wygładzenie kryształów na tyle, by miały gładkie powierzchnie. Niestety nie udało się zrobić mi tego idealnie, ale dwie czy trzy solidne warstwy wikolu i tak sobie poradziły nieźle! Malowanie było formalnością, ale i tak użyłem aerografu, by uzyskaćładniejsze przejścia. Następnie pędzel w dłoń i „krawędzing” (edge highlight) oraz bliki światła.
Roślinność, poza tymi z Paint Forge, w dużej mierze obsadziłem resztkami kwiatów z MiniNatur, bo bardzo fajnie pasowały kolorystycznie. Fakturę bramie chaosu nadałem zaś przy użyciu gąbeczki i gesso. Gdy tylko wyschła, czyli bardzo szybko, całość pomalowałem Balthazar Gold (Citadel) i wykonałem zacieki z Nihilakh Oxide (też Citadel).

Tak oto prezentowało się finalne dzieło i muszę przyznać, że wciąż jestem z niego bardzo zadowolony! Nie tylko banda się rozrośnie i to pewnie jeszcze w tym roku, tak mam ochotę zbudować nieco elementów terenu na stół do gry, właśnie z takimi bramami chaosu czy formacjami kryształów. Dla porównania z modelami Złotej Kompanii z wpisu o domkach z BGS, wrzucam również fotkę porównawczą, z zastosowaniem modeli z Age Of Sigmar w skali gry do Warheima. Sądzę, że jak na potężnych chaośników, będą pasowali bardzo dobrze!

Proporcje modeli

Crystallized Scars, cz. 1/2

Drugiego czerwca zakończył się konkurs „Przed wyruszeniem w drogę, należy pomalować drużynę”. Nie będę ukrywał, że Natalia, odpowiedzialna za jedną z grup organizujących to wydarzenie (Bejcowe Inspiracje), wspominała mi, że chce zrobić ów konkurs już przy okazji naszego spotkania w Bytomiu, na wystawie modeli redukcyjnych. Czekałem więc z niecierpliwością na jego ogłoszenie, bo nietrudno domyślić się, że jako osoba regularnie grająca w Warheim FS i posiadająca do tego systemu już kilka band, chętnie sklecę coś nowego! Jak tylko konkurs został ogłoszony i wczytałem się w regulamin, oczywiście pojawiły się wątpliwości, czy wydawać kasę na nowy plastikowy crack, czy może skorzystać z tego co mam w szafce. Jednym z pomysłów było przygotowanie drużyny Tempestus Scions, których malowałbym pod resztę mojej Gwardii Imperialnej do skirmisha Kill Team. Nie mniej, wyszedłem z założenia, że tu musiałbym sporo grać terenem dookoła drużyny, bo oni sami nie tyle nie są wdzięcznym obiektem do konwersji, co musiałbym ich dopasować do reszty posiadanych modeli, więc raczej bez fajerwerków. Największym atutem mojej gwardii imperialnej, jest kamuflaż, który im maluję. Nie mniej, to zapewne materiał na inny wpis 🙂 Zdecydowałem więc, że trzeba sięgnąć do porfela, ale by zbytnio nie uszczuplić budżetu, udało mi się większość potrzebnych modeli dorwać z drugiej ręki, co lepsze – zupełnie nie wyciętych z ramek. Win-win. Bazowałem na modelu Mighty Lord Of Khorne i Kairic Acolytes – których swoją drogą uwielbiam, nie licząc tych wyjątkowo dziwnych masek. Ale rozumiem, Tzeentch ma swoje prawa 😉

Początkowy zamysł był bardziej techniczny, otóż planowałem zrobić elementy figurek z dorobionymi kryształami z Green Stuffu, a potem odlać je z żywicy krystalicznej, barwionej na kolor różowy/fioletowy. Potem dopiero malować części, nie będące kryształem. Jednakże konstrukcja tych modeli wymagał częściowego ich klejenia, więc ów proces byłby nie tylko bardzo pracochłonny co kosztowny (skończyło by się na niszczeniu form silikonowych, przy wyciąganiu odlewów, jednocześnie nie znając jakości odlewu i czy nie wkradły się jakieś bąble). Postanowiłem, że skoro to konkurs malarski, to cóż, trudno, trzeba malować 😀 Głównym konceptem, poza kryształami w mocnym, żywym kolorze, były jasne zbroje i śniade ciała wojowników. Chciałem, by pasowali na drużynę Grasantów, z gorących i pustynnych terenów. Dodatkowo jest to miła odmiana wizualna od standardowych mhrocznych i posępnych chaośników. Jako, że ani Tzeentch jako taki, ani Khorne mi nie odpowiadał do tej wizji, postanowiłem zrobić ich po prostu Chaosem Niepodzielonym. To sprawiło, że tarcze (bardzo fajne, swoją drogą) od Kairiców przestały pasować, jak i – cóż – cały model Mighty Lord Of Khorne wymagał -DUŻYCH- modyfikacji 😀 Oczywiście wahałem się przed pierwszymi cięciami skalpela, bo skurczybyk prezentował się naprawdę mocarnie. Nie mniej, wizja była, trzeba ciąć plastik i krzesać opiłki 😛 Po usunięciu wielkiego loga Khorna znad ramion, wywalenia mu głowy i skrócenia kolców i dziwnych wypustek na toporze, przystąpiłem do trudnych elementów, czyli usuwania skalpelem loga khorna wokół czaszki na napierśniku, oraz uzupełnianie Green Stuffem sporych porcji modelu. Tym bardziej, że w dziurach w skórze na brzuchu tego gościa, przezierały czaszki. Fatalna dieta, jeśli miałbym się wypowiedzieć.

Jak widać, następnie zacząłem rzeźbić kryształy. Nie jestem fanem mas modelarskich, głównie dlatego, że rzeźbiarz ze mnie dość przeciętny, ale ulepić dżdżownice a potem ciąć je skalpelem umiem, więc kryształy wyszły nad wyraz fajnie! Polecam tę metodę. Kolejny na warsztat poszedł pieseł, domyślnie będący na smyczy owego powyższego szefa, teraz zaś skończył jako samodzielny model. Z racji tego, że miał pozę, w której prawie zrywał się z łańcucha Lorda, nie chciałem kleić go do postawki w tak prosty sposób i przymierzyłem największą czachę z zestawu Citadel Skulls, jako obiekt, po którym ów pieseł mógł się wspinać. Zagrało!

6

Kolejni  byli Akolici. Mieli być – podobnie jak Szef, jakimiś bohaterami do owej bandy, ale po przestudiowaniu zasad Grasantów do Warheim FS, że po prostu zostali zwykłymi wojownikami. Podmieniłem im głowy na głowy Maruderów, bodajże konnych, oraz dodałem niewielkie, okrągłe tarcze, po tym jak okazało się, że te od zwykłych wojowników Chaosu są po prostu zbyt duże i nie pasują do półnagich wojów. Następnie jeszcze dodałem detale w postaci pióropuszy od Stormcastów.

Początkowo klejony model okazał się być zbyt statyczny do powoli układającej się w mojej głowie sceny dla owej drużyny, więc poszedł do pudełka (za niedługo zapewne go po prostu dokończę) i wybrałem model o wiele dynamiczniejszy (po prawej) od razu klejąc go z odpowiednią, okrągłą tarczą. Drugi wojak, dla lepszego efektu różnorodności, dostał topór dwuręczny i sztylet. Tutaj zaś nie obeszło się bez klejenia Greenstuffu, głównie dlatego, że producent nie przewidział ręki bez tarczy dla modelu z toporem. No nie można mieć wszystkiego na raz 😉

7

Powyżej możecie zobaczyć całą ekipę, gotową, oblepioną, skonwertowaną i przygotowaną do podkładowania i malowania. Nie ukrywam, że zadowolony byłem z tego, jak już się prezentowali na tym etapie! To było naprawdę sporo pracy i druga połowa maja, zostało mi na tamten czas niewiele ponad pół miesiąca na całe malowanie i sceniczną podstawkę. Czas było zacząć testować kolory!

Zacząłem od kremowego czy też kościanego koloru. Tak bardzo mi się spodobał jasny wygląd tych wojowników, że byłem przekonany, że dokonałem odpowiedniego wyboru. Następnie skupiłem się na tym, by same ostrza broni były praktycznie białe, a ich przecina część – kościana. Dzięki temu również i broń udało mi się odmalować poza standardowymi schematami kolorystycznymi. Zależało mi na zmniejszeniu palety, żeby dzięki temu modele przedstawiały sobą większą spójność. Jako że uwielbiam kolory metaliczne a nigdy nie byłem szczególnym fanem NMM, wahałem się między srebrnym, miedzianym a Balthazar Gold. Po dokonaniu prób na palecie, zdecydowałem się na ten ostatni, brązowo-złoty kolor wraz z rozjaśnieniami. Mocno przyciemnił ogólny odbiór modelu, ale dzięki temu zachował mocny kontrast między ornamentami a pancerzem. Pióropusze pomalowałem na purpurowy kolor, jednakże w założeniu dużo mocniej zgaszony, niż ten, który występuje na kryształach. Brakło mi do ogólnego zadowolenia z tej palety jeszcze jednego koloru (bo tego, który kładłem na skórę wojowników, nie liczyłem) i wybór padł na mocny turkusowy, głównie z powodu tego, że ładnie odcinał się na tle purpury.

Dobór kolorów zaczął prezentować się na modelach naprawdę świetnie i zostało mi tylko systematyczne dłubanie nad nimi zdecydowanie zbyt długo. Z racji tego, że były to figurki na konkurs, przyznaję – pierwszy raz zrozumiałem niektórych malarzy, którzy twierdzili, że nad modelem mogą spędzić dowolną ilość godzin i zawsze znajdą coś do poprawy. Tutaj z pomocą wszedł deadline, cały na biało. Niezbyt już miałem czas na dalsze poprawki, trzeba było zabierać się na tworzenie dioramy. Jak wspomniałem, miałem już wstępny pomysł, tak więc na arkuszu spienionego PCV 3mm (takiej wysokości są podstawki GW) zaznaczyłem ołówkiem układ modeli i wykonałem otwory.

Po wyszlifowaniu i przymierzeniu modeli, skleiłem trzymilimetrowe spienione PCV z dwumilimetrowym i intensywnie wyszlifowałem na bokach, by stworzyły jedną powierzchnię. Dodałem kryształy, cięte z XPSu nożykiem, oraz wyciętą również ze spienionego PCV niepełną gwiazdę chaosu. Gwiazda dostała fakturę z nanoszonego gąbką gesso, zaś kryształy zamalowałem miksem farby akrylowej i Mod Podge’a. Na podstawkę przykleiłem spore ilości połamanej kombinerkami plexi oraz kawałki barwionego na czarno szkła z Ikei. Nierówność terenu uzskałem przyklejając Fimo Air. Wszystko było gotowe do finalnego malowania i dekorowania podstawek, nie mniej – o tym wraz z efektem końcowym, w drugiej części 🙂

Elementy Terenu: Zabudowania od Black Grom Studio

Po ostatnim turnieju Warheim FS, okazało się dodatkowo, że otrzymałem jeszcze wraz z Bahiorem z The Dark Oak voucher na laserowe wycinanki z MDFu od Michała z Black Grom Studio.

Jak doskonale wiecie, choćby po takich wpisach jak Element terenu: Egzotyczne targowisko makiety do grania, które robię, utrzymuję w klimatach pustynnego miasteczka i oazy, dodatkowo pouzupełniane nieco Egipsko/Khemryjskim sznytem. Z racji tego, że QC, odpowiedzialny za Warheim FS wypuścił jeszcze dodatkowo nową bandę Kupieckiej Karawany z Arabii tylko mocniej się podjarałem na więcej fajnych makiet pustynnych. Niewiele zwlekając, zamówiłem mały domek, lokal sklepowy oraz komplet kół do wozu, które zapewne jeszcze mi się przydadzą!

Z paczkomatu odebrałem solidnie zapakowany karton, wypełniony woreczkami strunowymi z pojedynczymi arkuszami MDFu, gęsto ponacinanego laserem. W oparach przyjemnego zapachu palonego drewna przystąpiłem do wycininania, szlifowania hmmm „nadlewek” (?) i dopasowywania części do siebie. Tu przyznaję, jedyna wada produktów BGS – brak instrukcji składania, przez co musiałem Michałowi głowę zawracać, jak co złożyć, bo przyznam szczerze, raz się zwyczajnie zagubiłem, gdzie co przychodzi. Na plus – fantastycznie spasowane częsci. Serio, nigdy nie miałem takiej frajdy ze składania tych elementów. Lepiej jak puzzle! Do tego moje niemałe zaskoczenie – zdejmowalne dachy z odpowiednimi wypustkami, by solidnie się trzymały ścian budynku. Duży plus za to, szczególnie jak ktoś chce sobie urozmaicić wnętrza.

Tak prezentowały się oba budynki zaraz po sklejeniu. Nie chciało mi się tracić czasu na korzystanie z wikolu, więc zlepiłem je po prostu klejem cyjanoakrylowym. Trzyma naprawdę soldinie! Następnie przeszedłem do malowania. Chciałem nadać im fajna teksturę tynku/piaskowca i nie stracić przy tym całego dnia, więc wygąbkowałem budynki przy użyciu białego gesso. Następnie kolory naniosłem z aerografu, dopasowując je mniej więcej do pozostałych makiet pustynnych w moich zbiorach 🙂

Jak widać po modelach na podstawkach 20x20mm, są one w znakomicie dopasowanej do potrzeb grania skali 🙂

Relacja z turnieju Warheim: Księstwa Graniczne

 

Tym razem nie planuję czekać, aż pył po turnieju opadnie, dlatego ruszamy z relacją już tydzień po wydarzeniu!

Na „Księstwa Graniczne” zacząłem przygotowywać się odpowiednio wcześniej. Zamówiłem wraz z Grishem boksa pistoliersów imperialnych, żeby miec fajnego Laufra i to z adekwatnym ekwipunkiem, mocno ruszyłem też z malowaniem Złotej Kompanii…
po czym nic nie wypaliło 😛 Przysypało mnie zamówieniami na malowanie modeli jak i na ostatniej prostej do turnieju, Szczery do Bólu poprosił mnie o zmalowanie mu bandy chaośników Tzeentcha, bo chciałby nimi zagrać. Tak się więc złożyło, że Złota Kompania pojedzie walczyć innym razem (właśnie zacząłem ją wielce intensywnie sklejać do końca, żeby już niczego nie brakłowało!) zaś Laufer pojechał w postaci modelu mojego dotychczasowego Rycerza Najemnego na Demigryfie, co się okazało być całkiem niezłym wyborem! Do tego jednak przejdę później 🙂

Sam turniej miał miejsce jak zwykle do tej pory – w Innym Wymiarze w Katowicach, gdzie po przybyciu wraz z Adrenalboosterem (którego to podejmowałem z lotniska dzień wcześniej, na gorąco z Oslo, żeby tylko zdążył poprowadzić swoich Bretończyków do boju), zastaliśmy już przygotowane i to zdecydowanie obficiej niż zwykle – stoły.

20190330_095214

Tym razem QC zmniejszył pole rozgrywki do 3×4 stopy, gdzie 3 stopy to szerokość pola walki. Nie odczułem wielkich wad tego pomysłu, choć spotkałem się z głosami, że taki stół obcina możliwości szybkich band. Moja jest szybka i nie licząc ostatniego meczu, nie miałem z tym żadnych problemów. Wadą tego było jedynie to, że nie było gdzie odkładać swojego szpeju, czy choćby kart bandy lub scenariusza.

Czas przed walką minął bardzo spokojnie i w przesympatycznym towarzystwie, by następnie zostały rozlosowane pary i stoły (co wynikało bezpośrednio z faktu, że duża część uczestników nie dosłała prestiżu swoich drużyn, więc nie było parowania zawczasu). Losowanie sprawiło, że miałem okazję ponownie spotkać się przy jednym stole z Domanem i jego Leśnymi Elfami. Jak pisałem już swego czasu tak i chętnie to powtórzę – śliczna banda długouchych snajperów, w towarzystwie trzech twardych Driad. Do tego oczywiście konny Laufer, w tym wypadku bardzo fajnie klimatem dopasowany do drużyny w postaci elfa wierzchem.
Z racji nieprzygotowania, ponownie ruszyłem z Ogrami (o których możecie poczytać tutaj)  na turniej. Mimo ostatnich pomysłów by nie brać Ironguta, a zamiast niego zabrać dwa Szablozębne, wyszedłem z założenia, że band ogrów mimo wszystko jest niewiele, więc będzie nikła szansa trafić na nie tym razem ponownie. Dodatkowy skarb w Sekwencji po potyczce, może mi jednak wyjść na dobre.

Pierwsza Potyczka

Celem tego scenariusza, było na koniec ósmej rundy, mieć jak najwięcej modeli w odległości do 6″ od kurhanu, który został przejęty przez broniących się w nim zaciekle zielonoskórych i wyrzucających z niego różne przedmioty. Zacząłem zdecydowanie zbyt zachowawczo, rozpraszając moją drużynę bardzo szeroko, jednocześnie chowając nimi gdzie tylko się dało, w obawie przed wyjątkowo nieprzyjemnie kąsającymi strzałami leśnych elfów. To sprawiło, że Herszt stracił chyba dwie rundy próbując wdrapać się na budynek, zaś przemykający bokiem Irongut wyłapał faktycznie kilka strzał. Na szczęście  warstwa mięśni szczęśliwie okazała się być twardsza niż groty. Wybór wspomnianego Ironguta zamiast kotów opłacił się już w pierwszej grze, ponieważ dzielny ogr podniósł wyrzucony przez zielonoskórych z kurhanu znacznik kosztowności.
Mniej szczęścia miał Firebelly, który wyłapał kilka pocisków bardzo boleśnie, przez co pozostał na ostatnim punkcie żywotności. Nie chcąc go stracić pośrodku kładki, zaszarżowałem nim w Domanowego Minstrela ku mojemu zaskoczeniu (serio Elmin?) wdeptując go Byczą Szarżą w makietę.

Sporo szczęścia (czy też raczej pecha Domana) sprawiło, że Firebelly nie został najeżony strzałami, zaś zielonoskórzy w kurhanie bardzo skutecznie położyli znacznik na jego modelach i z siłą 4 ranili sporo z nich, dodatkowo zabijając Waywatchera.
Ostatnia runda okazała się być decydującą, gdzie każdy próbował uszczknąć z przeciwnika tyle punktów żywotności ile się tylko dało, by przewaga była po jednej stronie. Udało się jednym punktem wygrać nad Domanem, jednocześnie zgarniając dodatkowy znacznik kosztowności!

Druga Potyczka

Z racji mocnej wygranej, drugi mecz przyszło mi rozegrać na pierwszym stole, w fatalnym miejscu sali, ale przynajmniej było gdzie zostawić swoje materiały 😉
Drugi mecz rozgrywałem z Szarkiem i jego Łowcami Czarownic. Z racji tego, że Szarku też ładnie wygrał, po prezentacji swoich modeli, poczułem że może być ze mną marnie. Jasne, wykupiłem od razu po pierwszej grze oba Szablozębne ale nie zmieniało to faktu, że Szarku poza Inkwizytorem i Prezbiterem Sigmara (co w zasadzie ograniczało jakiekolwiek moje rzucanie czarów) miał na wyposażeniu piątkę psów bojowych, kilku stronników, pozostałych bohaterów i przeklętego Tileańskiego Kusznika, co do którego mam traumę gdzieś od okolic 2005 roku, gdy Ci występowali dość powszechnie w Mordheimie. Scenariusz stawiał mnie przed zadaniem dotarcia na środek stołu, do budynku będącego więzieniem, w którym drużyna Szarka przetrzymywała Zielonoskórego (którego w tej roli ślicznie odegrała moja goblinka!). Następnie miałem goblinkę wydobyć z więzienia i odciągnąć od niego na 12″ w prostej linii.
Zasadą, która przechyliła szalę zwycięstwa na moją korzyść, było wystawianie modeli przez broniącego goblinki Szarka na 3+. Czyli na wyniku kostki sześciościennej 1 lub 2, model bohatera (lub grupa stronników) nie wychodził do walki od samego początku. Mój przeciwnik miał na tyle sporego pecha, że wystawił tylko 4 modele w tym Laufra. Reszta została poza stołem przynajmniej do drugiej rundy, gdzie też wychodzili na 3+, ale od samiusieńkiej krawędzi stołu, czyli mieli do przebiegnięcia całkiem niezły kawał terenu. Mogę więc śmiało powiedzieć, że pech Szarka dał mi bardzo mocną przewagę na starcie, tym bardziej, że moje modele poruszają się biegnąc 12″ zaś Szablozębne – 16″. Rozdzieliłem bandę na dwie grupy: Laufer wraz z Szablozębnymi na jednej flance, zaś ogry i gnoblary środkiem.

Walka paradoksalnie była dość mozolna, nie udawało mi się szybko i łatwo eliminować modeli przeciwnika. Herszt z Laufrem stali ze sobą w zwarciu od drugiej rundy do samego końca gry, bez szczególnego rozstrzygnięcia (ba! Mój Herszt z 4 PŻ spadł na 1 PŻ i utrzymywał się przy życiu chyba tylko siłą woli). Nie zmieniało to faktu, że bez żadnych przeszkód, nie niepokojony przez nikogo Irongut zabrał z więzienia goblinkę i ruszyli na wspólny spacer w stronę zachodzącego słońca krawędzi stołu. I oczywiście, na stole pojawił się zarówno Inkwizytor jak i Prezbiter, wataha psów która nawet zdążyła zaszarżować kilka moich modeli. Kusznik pojawił się na sam koniec, nie mając szans zdziałać cokolwiek. Dodatkowo dwaj Flagelanci dumnie zaszarżowali, wywijając gniewnie kadzielnicami ognia nad głowami, na związanego w walce z Laufrem Herszta… po czym dostali po strzale z włóczni na uspokojenie i sobie poleżeli do końca gry.
Kolejna mocna wygrana na moim koncie, ale naprawdę scenariusz mógł wyglądać skrajnie inaczej, gdyby Szarku wystawił choćby połowę modeli na sam początek, a nie tylko marne ochłapy swojej bandy.

Trzecia Potyczka

Tej bitwy obawiałem się mocno, ponieważ za dodatkowe złoto, do wydania na przedmioty specjalne, większość z graczy wybrała Jad z zielonego skorpiona, który bądźmy szczerzy, potrafi być zdecydowanie bardziej morderczy niż sama umiejętność Zabójczy Cios. Miałem też okazję się przekonać o działaniu tego specyfiku, ale to za chwilkę.
Sigporn (lub Sigborn a w zasadzie czyta się Sigforn z tego co rozmawialiśmy, lecz nie mam takiej słowiańsko-wikińskiej literki na klawiaturze, jak w ksywce mojego oponenta, więc zgodnie z żartami, które padły przy stole, pozwolę sobie pozostać przy Sigpornie :D) dowodził Elfami Wysokiego Rodu, uszczuplonymi po poprzedniej walce o Swordmastera, który postanowił odpocząć, zapewne w towarzystwie nadobnych elfek i różowego wina. Nawet gościa rozumiem. Na środku pola walki, leżał przewrócony powóz, pełen fajerwerków, które wystrzeliwały w powietrze co rundę, bombardując pole walki i mogąc zrobić sporo krzywdy naszym modelom. Nas jednakże interesowały nie tylko łupy wewnątrz powozu, co przede wszystkim Szlachcic, którego należało wydobyć i odnieść na bezpieczną odległość (12″) od miejsca owego niefortunnego wypadku drogowego.
Głównym moim problemem była nie tylko (słuszna!) obawa przed zatrutymi strzałami, co przed strzałami ogółem, bo jak to z Elfami bywa, u Sigporna strzelała masa modeli, nie licząc może maga i White Liona. Mag tak czy inaczej stwarzał ogromne problemy, będąc nauczonym tylu zaklęć, że Firebelly nawet nie miał najmniejszych szans próbować ich rozpraszać.
Nie chcąc tracić czasu, puściłem przodem moje gnoblary, odpowiednio nauczone już umiejętności Sprint oraz Ukrycie dzięki czemu nie tylko popieprzały po stole na 12″ to jeszcze będąc przy przeszkodach, niczym małe zgniłozielone nindże były praktycznie nie do wykrycia. Do tego poszedł z nimi Herszt, bo nauczył się umiejętności Mocna Głowa pozwalając mi na ochronę na 4+ przed skutkami dowolnych trucizn (w tym tej z zielonego skorpiona).

Z jednej strony szybki sukces, bo dwa gnoblary i szef wyciągnęły z wozu nie tylko dwa znaczniki kosztowności to jeszcze owego szlachcica! Już miałem skutecznie zaplanować odwrót i zawinąć dupę z niebezpiecznego pola walki, gdy elficki książe znalazł wejście na ruinkę i posłał strzałę prosto w łeb mojego Herszta. Mocna Głowa nie zadziałała i moja główna siła uderzeniowa praktycznie zgubiła kapcie w locie. Tyle w temacie posiadania 4 punktów wytrzymałości i 4 punktów żywotności. Nie chcąc tak łatwo oddać walki, postanowiłem szturmem wyrżnąć długouchych, aż nauczą się szacunku do większych od siebie. Sigporn jednakże miał fantastyczne rzuty i jego czar dający w olbrzymim obszarze wokół maga 5+ ward save’a wychodził nad wyraz często, to na domiar złego udało mu się wyciąć w pień jednego z moich Szablozębnych. Sytuacja bardzo szybko wręcz pogarszała się na moją niekorzyść.

Mimo wszystko los chciał jeszcze nieco mocniej dokręcić mi śrubkę, akurat wypadło na początku mojej tury Zdarzenie Losowe! Khorne osobiście postanowił wyzwać na pojedynek na rękę mojego Firebelliego. Ogr z 4 punktami siły, nie zdał testu owej siły i model natychmiast został Wyłączony z Akcji. Tego było już zbyt wiele, kulturalnie poddałem walkę, by zatrzymać tę masakrę i pogratulowałem Sigpornowi zwycięstwa. Szczęśliwie wszyscy, którzy zostali u mnie wyłączeni z akcji, przeżyli – można by było pokusić się o stwierdzenie „gorzej nie będzie!” jednakże banda elfów porwała mojego Herszta i musiałem go wykupić… za cały łup jaki zdobyłem w tym meczu. Przynajmniej tyle, że Sigporn postanowił nie ograbiać mojego herszta z ekwipunku. Chwała mu za to! Nie mniej – jak widać, przegrałem naprawdę potężnie!

Finałowa Potyczka

Finałowy mecz przyszło mi rozegrać z Grishem! Fantastyczny zbieg okoliczności, tym bardziej, że wyjątkowo miło wspominałem (wówczas przegrany) mecz z mojego pierwszego turnieju, gdy grał Zwierzoludźmi. Tym razem spotkałem się z doskonale skonwertowanymi i odmalowanymi Zbrojnymi z Averlandu. Z takimi bandami walka to sama frajda oglądania starć świetnych modeli na znakomitych makietach.
Tym razem stół był mocno na moją niekorzyść. Miejsce do prowadzenia starcia było lekko krętym traktem, na którym nasze drużyny spotkały się, by po prostu wyżynać się do ostatniego pozostałego przy życiu twardziela.
Moje obawy wzbudzali nie tylko łucznicy ale i kusznicy Grisha, a do tego zdecydowana przewaga liczebna, do tego na praktycznie otwartym terenie. Bursztynowy Mag dodatkowo przyzwał przed meczem aż trzy magiczne wilki, jakby dotychczasowa przewaga liczebna nad moją drużyną to było mało.

Nie będę ukrywał, że była to najdłuższa moja potyczka w Warheim jaką kiedykolwiek rozegrałem. Wyliczyliśmy „na oko” wraz z Grishem, że tłukliśmy się zacięcie przez 15-16 rund bez wytchnienia. Z moich sił padł martwy tylko jeden Szablozębny, wypuszczony przeze mnie jako przynęta, by przeciwnik miał lepsze rzeczy do roboty, niż strzelanie do mnie jak do naprawdę wyrośniętych kaczek. Jeśli ktoś uważa, że bandy ludzkie nie są wytrzymałe, to nie stał wtedy wśród wianuszka obserwatorów wokół naszego stołu (chyba kończyliśmy jako ostatni) i nie widział z jakim uporem Averlandczycy ustawali okładanie ogrzymi pałkami i karwaszami bojowymi. Nie zmienia to jednak wyniku, gdzie dosłownie wyciąłem wszystkie modele Grisha do ostatniego, jednakże pojedynek ten będę wspominał z dużą przyjemnością 🙂

Efekt trzech mocnych wygranych i jednej przegranej, dał mi z jednej strony fatalne (bo tuż za podium) czwarte miejsce, z drugiej zaś strony – to mój absolutny rekord wśród wszystkich turniejów Warheima, za które oczywiście dziękuję QCowi, bo gdyby nie on, to nie tylko by ich nie było, to jeszcze nie zwiózłbym do domu całego naręcza nagród, za które również dziękuję głosom internautów na fejsie! Miło było mi dzielić wygraną z Bahiorem i jego fantastycznym konikiem morskim zbudowanym od zera dla goblińskich piratów!

20190331_172002

Gratuluję też wszystkim z podium, czyli Sigpornowi, Pepe i Benkowi 🙂
Nie zamierzam przestać deptać Wam po piętach!

Do zobaczenia jesienią!

PS.: Musiałem być padnięty wybitnie po meczu z Grishem, bo w Innym Wymiarze zostawiłem całą swoją walizkę z figurkami! Jak dobrze, że Robert ogarnął temat 😛

Relacja z turnieju Warheim: Ostatnia Faktoria

Szóstego Października w Innym Wymiarze, w Katowicach miał miejsce najświeższy turniej Warheim, czyli właśnie ten z podtytułem „Ostatnia Faktoria”.
Oczywistym było, że trzeba jechać i walczyć! Tym razem postanowiłem wybrać się z bandą Zwiadowczej Kompanii Królestw Ogrów, czyli w skrócie – z trójką potężnych skurwoli na dużych podstawkach (oraz oczywiście zdecydowanie nieistotną dwójką gnoblarów-bohaterów).

Na ten turniej, przygotować trzeba było obozowisko dla swojej bandy. Maksymalny wymiar w calach dawał nieco ponad 30x30cm i postanowiłem iść na pełen rozmiar, choć widziałem na turnieju obozy o najróżniejszych formach i rozmiarach. Miałem świetny pomysł na obozowisko dla Nehekary, ale absolutnie żadnego sensownego dla ogrów. Dopiero w okolicy lipca Haru podsunęła mi ciekawy pomysł i ruszyłem w tę stronę.

Obozowisko miało mieć miejsce w truchle jakiegoś gigantycznego stworzenia (nie mam pojęcia co miałoby być tak wielkie, ale zupełnie nie chodziło mi tu o skupianie się ani na logice ani na fabularnym aspekcie Starego Świata :D) Chodziło o efekt!

Wpis z budowania obozowiska wrzucę następnym razem 🙂

Banda Ogrów na sam start nie składa się ze zbyt pokaźnej liczby modeli, bo jest ich całe pięć. Trzy ogry oraz dwa gnoblary. Wszyscy w tym zestawieniu są bohaterami, choć bądźmy szczerzy – gnoblary robią na początku za dekorację. W trakcie turnieju okazało się, że nie do końca, ale o tym później.

Na sam początek trójka największych! Irongut (Żelazobrzuchy według podręcznika) będący klasycznym silnorękim, Herszt (podręcznikowo będący Łowcą) mający na starcie nie tylko włócznię ale też kawał solidnego Harpuna oraz Firebelly (Ogniobrzuchy), który sprawdza się znakomicie w roli czarodzieja, jednocześnie będąc chyba jedynym magiem w grze, który jak trzeba, to spuści przeciwnikowi naprawdę sążnisty łomot!

Następnie dochodzi dwójka Gnoblarów Traperów, którzy są niebywale plewni i nic nie znaczący w swoich żałosnych statystykach, ale mają kilka zalet. Po pierwsze, zaczynają z zupełnym brakiem posiadanego doświadczenia, więc bardzo szybko zdobywają poziomy, mogą zastawiać pułapki, które dodatkowo wymodelowałem na okrągłych podstawkach – jako znaczniki, oraz – co okazało się całkiem istotne – są BOHATERAMI, a więc mogą wykonywać zadania dla tychże przeznaczone. Jak na ten przykład ograbianie budynków czy noszenie skarbów. Przyznaję, przez cały turniej żaden z tych dwóch knypków nie wykonał ani jednego ataku w stronę przeciwnika, ale biegali, nosili skarby, przekopywali ruiny w poszukiwaniu łupów i ograbiali ciała. Nie nudziło im się!

Już wiem, że na następny turniej najpewniej zrezygnuję z Ironguta na rzecz dwóch Szablozębnych, ale to wynikało z tego, że na Irongucie w ogólnym rozrachunku się zawiodłem. Dwa koty za to, sprawdzają się lepiej niż znakomicie!

Pozostałe jednostki w bandzie ogrów, to oczywiście Byki, czyli „zwykłe” i „podstawowe” jednostki. Niestety, będąc bardzo drogimi (140zk za jednego!), mogłem sobie na dwóch takich dopiero pozwolić w ostatnim meczu.

Z gnoblarów nie korzystam, bo zwyczajnie uważam, że w tej bandzie są marnowaniem złota 😉 Mam jednego „na szczęście”. Specjalnie wręcz wybrałem model bez żadnej broni i zbroi, bo wygląda odpowiednio bezużytecznie 😀

Do dzieła!

Pierwsza Potyczka

Pierwszy mecz, ku naszemu wspólnemu niezadowoleniu, grałem z Findarem. Niezadowolenie nie wynikało oczywiście z tego, że nie lubimy ze sobą grać, tylko dlatego, że po prostu jedne Ogry spotkały się z drugimi Ogrami. Dokładnie te same rozpiski i dokładnie to samo zadanie do wykonania. Od samego startu wiedzieliśmy, że tak naprawdę wygra ten, kto będzie miał więcej szczęścia w kostkach oraz choć odrobinkę lepszą taktykę.

(jak widać, zdjęcia  bezczelnie pożyczyłem od Quidamcorvusa , bo sam byłem tak zaaferowany grą, że zupełnie zapomniałem robić zdjęć!)

Walka toczyła się o budynek przy mostku (ten bardziej zrujnowany). Przejęcie go, dawało wygraną oraz możliwość zdobycia darmowego, magicznego przedmiotu, który w Zapomnianej Zbrojowni się znajdował.

Z początku jedyne na czym nam zależało, to by wejść w zasięg swoich szarż. Ogry dysponują znakomitą zasadą Byczej Szarży, pozwalającej na zadanie dodatkowego uderzenia zupełnie za darmo, jeśli tylko szarża jest dłuższa niż bazowa statystyka ich ruchu. Co sprawia, że trzeba ogrem mierzyć szarżę między 6 a 12″. Walka z drugą bandą ogrów, to jest troszeczkę takie mierzenie się, komu uda się lepiej wbić w przeciwnika. Udało mi się zastawić pułapkę w postaci Ironguta, na którego dzielnie ruszyły modele Findara. Przyznaję, mój ogr dostał srogi łomot, kończąc z ogłuszeniem i Findar już planował wyrżnąć go do cna, gdy udało mi się nie tylko dokonać Szarży nurkującej moim Firebellym, to jeszcze po oddaniu strzału z Harpuna, turę później doszarżować Hersztem. W efekcie, dwa modele Findara straciły przytomność, kończąc jako Wyłączone z akcji. W tym czasie moje dwa gnoblary idąc po kładce, zajęły pierwsze piętro centralnego budynku, a jak wspomniałem wcześniej – licząc się jako pełnoprawni bohaterowie, zajmowali już zbrojownię. Wtedy też Findar się rozbił, ja zaś wygrałem mecz. Posiadanie większości modeli 6″ od zbrojowni oraz jej faktyczne przejęcie, dało mi szansę na zgarnięcie magicznego nabrzusznika, który otrzymał Herszt.

Satysfakcja z mocnej wygranej była, choć przyznaję, walka ogrów przeciw ogrom jest z założenia dość trudna. Przynajmniej nie ma się co martwić o przewagę liczebną przeciwnika 🙂

Złota brakło mi na pełne planowane zakupy, bo rzuty na ilość łupów miałem zdecydowanie marne, za to na dostępność niezłe. Drużyna przed drugą potyczką rozrosła się o jednego Szablozębnego oraz Firebelly otrzymał magiczną różdżkę, miotającą pociskami.

Druga Potyczka

Scenariusz Sztandary na wietrze przyszło mi rozegrać z Trawusem i jego zbrojnymi z Middenheimu. Bardzo mocna drużyna, bazująca na dużej ilości agresywnych psów bojowych, do tego większość istot w tej drużynie dysponuje siłą 4, co niebezpiecznie wygląda na tle wytrzymałości moich ogrów, o tej samej wartości. Na szczęście, jak to ludzie – posiadają 3 punkty wytrzymałości, więc moje miecze dwuręczne i młoty dwuręczne, oraz Herszt z już rozwiniętą siłą 5 i włócznią, dawali dobre szanse na zranienie.

Co mnie zdecydowanie zmartwiło to fakt, iż Trawus miał maksymalną ilość postaci na swoją bandę, więc przewaga modeli była prawie na poziomie 3:1, z czego 2 modele u mnie to gnoblary, którymi zupełnie nie planowałem walczyć, a które dorobiły się umiejętności Sprint, zwiększającej zasięg ich biegu.

Otwarcie miałem bardzo mocne, ponieważ po kilku zachowawczych ruchach, Trawus poświęcił swoje kostki rozproszenia na zdjęcia zaklęcia wspierającego moje ogry, przez co brakło mu już kości na rozproszenie magicznego pocisku wystrzelonego z różdżki. Ten zrobił wyrwę w ciele pierwszego ze stronników Trawusa, dzierżącego broń dwuręczną i w efekcie poległ nie wykonawszy nawet kroku.
Do tego gnoblary rozbiegły się sprintem w stronę budynków zdatnych do przeszukania za skarbami, a Szablozębny dysponujący niesamowitym ruchem na aż 16″, zaczął zataczać nieco większe koło wokół budynków, bo według kart z zadaniami na ten mecz, miałem ochotę upolować nim Sztandarowego, którego miał w swych szeregach Trawus.

Furia którą posiadają psy bojowe Middenheimu zmusza je do bezpośredniego parcia wprost na przeciwnika, więc tu ponownie zagrał mój plan, mający na celu związanie ogromnej ilościowo bandy w najwęższym przejściu na stole, między masywną skałą a ruiną centralnego budynku. Gdy więc zdecydowana większość Middenheimczyków podążyła za swoją sforą psów, miałem idealne miejsce na wykonanie szarży moim Hersztem, który posiadał swój nowiutki, lśniący magiczny nabrzusznik, dający mu cechę Druzgoczący i Przebicie Pancerza (które to akurat nie było potrzebne na nieopancerzone psy). Efekt był naprawdę satysfakcjonujący, bo ze stołu zeszły natychmiast 2 psy a kolejne 2 leżały powalone na ziemię, więc nie musiałem się obawiać ich ataków z dużą siłą i dodatkową nienawiścią. W tym czasie Irongut i Firebelly przyjęli odpowiednie pozycje, poszły zaklęcia, ale bez tak dużych sukcesów jak poprzednio. Jeden gnoblar zdobył skarb z budynku, a drugi w nim niefartownie utkwił do końca gry będąc wyłączonym z akcji pod gruzowiskiem.

Kolejne tury były stosunkowo monotonne, polegające głównie na rzucaniu zaklęć, rozpraszaniu ich, oraz regularnej młócce mojego Herszta z przeważającymi siłami Trawusa. Polowanie na sztandarowego było spowolnione próbami przejęcia szarży mojego wielkiego kota, jednak przy odrobinie szczęścia udało się ruszyć za pechowym sztandarowym, który podjął decyzję o ucieczce przed szarżą Szablozębnego, co skończyło się fatalnie, bo te bestie biegające na 16″ radzą sobie w takiej sytuacji znakomicie. Dodatkowo udało się gnoblarem podnieść skarb, który ów sztandarowy upuścił.

Końcówka meczu była bardzo napięta, bo Middenheimczykom udało się zdjąć mi zarówno Ironguta jak i Herszta, a Firebelly się wycofał. To był jednakże moment, kiedy Trawusowi po prostu nie udało się zdać testu rozbicia, który wsiał nad nim już od kilku dobrych tur, z powodu strat, jakie mu zadałem.

Trzecia Potyczka

Trzecie spotkanie przyszło mi zagrać z Pepe i jego Wąpierzem spod sztandaru Krwawych Smoków. Przyznam szczerze, nie radzę sobie tak mało liczną bandą z dobrym kontrowaniem bandy nieumarłych, w której dowódca może wzmacniać dowolną grupę stronników swoją kosmicznie wykręconą statystyką walki wręcz (8!!!) i trzeba się obawiać nawet plewnych zombiaków. Dodatkowo, nekromanta w tej drużynie potrafi przywoływać zombiaki spod ziemi od razu „wstawiając” je do zwarcia niczym pełną szarżą, co wyjątkowo stopowało moje ogry, bo musiały się rozdrabniać na jakichś zupełnie nieznaczących przeciwników, niegodnych nawet by oberwać z ogrzej maczugi. Na domiar złego, w tym scenariuszu panowały nehekarskie ciemności i każdy model próbujący biegać, miał szansę wybić sobie zęby o własne nogi, tyle dobrego, że zasięg widzenia najczęściej był dość mocno ograniczony.

5

Popełniłem w tym meczu kilka zasadniczych błędów, jak choćby nie docenienie tego, że mój szarżujący ogr, zahaczając krawędzią podstawki o teren lasu, ma obcinany ruch, więc cała moc Byczej Szarży rozbiła się o jakieś dwa zupełnie nieistotne zombiaki, a pan wąpierz radośnie ruszył spacerkiem dalej, wspierając swoje truposze. O tyle dobrze, że ilość zaklęć, jakie rzucał Firebelly, negowały szanse Pepego na wyczarowanie swojej cholernej klątwy, którą na poprzednim turnieju gdy graliśmy, zabił mi – nomen omen – ogra.

Kotami udało mi się zabić najemnika, którym dysponował Pepe, Firebelly zatłukł dwie zjawy po czym zarówno Wampir jak i pozostała, trzecia zjawa, sprowadziły mojego Firebelliego do stanu, gdzie był powalony na ziemię. W tym czasie i Herszt i Irongut jak i koty byi związani w walce z przywołanymi zombiakami, więc naprawdę czułem się paskudnie bezsilny, tym bardziej, że w tym meczu zupełnie, ale to zupełnie nie mogłem się dogadać z własnymi kostkami, przez co nawet zabijanie modeli szło mi jak po grudzie. Zmęczenie i głód na dodatek dawały o sobie znać.

Poddałem bitwę, nieco ograbiając Pepego z możliwości zdobycia większej ilości punktów (miał sporo skarbów w swoim posiadaniu, ale żadnego nie doniósł do mojej strefy rozstawienia), nie mniej – bardziej przed finałową potyczką, zależało mi na nie straceniu Firebelliego, który mimo tego, że został powalony na ziemię, nie zginął i dodatkowo posiadał kilka dodatkowych punktów doświadczenia, więc potencjalnie kolejny awans i więcej umiejętności czy lepsze statystyki.

Potyczka Finałowa

Gdy zobaczyłem z kim będę grał czwarty mecz, już wiedziałem, że będzie grubo 😀 Adrenalbooster i jego Skaveński Klan Eshin, czekali na to, by spotkać się oko w oko, czy raczej oko w kolano z moimi ogrami!
Jak sam zauważył, to trochę bratobójcza walka, głównie przez ilość nerdzeniogodzin, jakie spędzamy codziennie na konwersacjach okołofigurkowych. Niemniej, trzeba było się szykować do ostrej potyczki.

6

Dzięki finansom zaoszczędzonym po meczu z Trawusem (brak dobrych rzutów na dostępność, by kupić cokolwiek sensownego) i przy użyciu całego złota, jakie zarobiłem w przegranym meczu z Pepem, udało mi się nająć dwóch ogrzych Byków, co sprawiło, że ilość modeli w mojej bandzie drastycznie wzrosła! Nie zmieniało to faktu, że szczurów na stole było „jak mrówków”, a do tego musiałem się obawiać skaveńskiego Szpiega-Najemnika, który podmieniał mój dowolny model stronnika, będący na małej podstawce. Otóż miałem tylko jeden – najemnego Łowcę Nagród, którego dzięki tej wiedzy, mogłem puścić już od pierwszej tury gdzieś w cholerę za linią makiet, żeby był z dala od czegokolwiek.

Zadaniem było przeprowadzenie skarbu ze środka stołu do obozowiska przeciwnika, co było utrudniane tym, że po pewnym czasie skarb zaczynał zadawać obrażenia niosącym go modelom – o czym po tak męczącym dniu – po prostu skrzętnie zapomnieliśmy. Moje ogry ruszyły ostro do przodu, próbując zabezpieczyć budynek, zaś Szablozębne, będące w posiadaniu umiejętności Szczurobójca (sami rozumiecie, koty polują na myszy… :P) urządziły sobie zawody w bieganiu za Krzyśkowymi guttersami – z całkiem dobrymi wynikami! Pierwszego Byka wypuściłem jako przynętę na kawałek modelu, który widziałem – przyznaję, nawet nie pamiętam co to był za szczur, liczyło się użycie Byczej Szarży i pewna pułapka, na którą mogłem sobie pozwolić. Gdy więc szczury dosłownie obległy mojego ogra tworząc wokół jego podstawki cały wianuszek modeli, rozszarpały go bez żadnego problemu, zostawiając w tym miejscu puste miejsce, idealne by wbić się moim Hersztem jak dzik w maliny. Magiczny nabrzusznik, umiejętność taran i włócznia oraz 5 siły miały mi zagwarantować jackpot i szczury rozdeptane na dżem. Niestety zapomniawszy na śmierć o umiejętności Morderczy Atak, znacząco ułatwiający zabijanie przeciwnika, większość szczurów skończyła ogłuszona bądź powalona na ziemię, bez szczególnych sukcesów. Zmęczenie i błędne zapisanie umiejętności w tabelce ekwipunku sprawiło, że przegapiłem szansę na naprawdę mocarne wejście :C

W tym czasie mój drugi byk ostro przeprowadzał skarb pod fantastyczną karczmę Adrenala, gdzie w podziemiach znajdowało się gniazdo szczurów.

Szczury ruszyły by powalić ogra, ale nie miały ku temu zasięgu, w większości wstając po byciu ogłuszonymi. Szary Prorok skavenów musiał rzucić zaklęcie, które dawało dodatkowy ruch wszystkim modelom w zasięgu zaklęcia, mogą prowadzić nawet do szarży. Tu sprawa była prosta – Adrenal rzuci czar, zaszarżuje mi ogra – wygra mecz, ja rozproszę czar – ja wygram mecz, bo zdążyłbym skarb donieść na miejsce.

Nie zdałem rozproszenia czaru O JEDNO OCZKO.

Przyznaję, to był znakomity mecz, uwielbiam takie sytuacje 😀 Była tu masa zapomnianych zasad, zapomnianych modeli (ja raz zupełnie nie ruszyłem się kotami, a Adrenal tak mocno zapomniał o swoich Guttersach, że jeden do dzisiaj został w Katowicach i szykuje zasadzki na następny turniej!) ale ogólna satysfakcja z meczu – naprawdę doskonała!

Zająłem prestiżowe 😉 dziewiąte miejsce, dodatkowo zgarniając nagrodę za najlepiej pomalowaną bandę (a w zasadzie dwie z nich 😀 )

20181020_123606

Dziękuję za kolejny zacny turniej, ale przyznaję, że po tym byłem wymęczony w sposób niesamowity! Dużo się działo, tym bardziej, jak się na turniej dodatkowo zaprosiło żonę i znajomych, za co im również dziękuję, że chcieli grać w system, którego zbyt dobrze nie znali!

Element terenu: Egzotyczne targowisko

W dzisiejszym wpisie chcę się podzielić najbardziej wymagającą i skomplikowaną makietą na stół, jaką do tej pory popełniłem 🙂

Zawsze wychodzę z założenia, że makieta powinna być grywalna i nie utrudniać zabawy, a przy tym znakomicie się prezentować. Założeniem tego targowiska była masa smaczków, detali i drobiazgów widocznych tylko pod pewnymi kątami, a jednocześnie zachowanie powierzchni, gdzie można ustawić modele, które będą się kryć, bić albo łupić.
Dlatego też, po zrobieniu makiety na konkurs do Maniexa, stwierdziłem, że zostaję przy egzotyczno-pustynnych klimatach i strasznie mnie wzięło, na próbę zrobienia makiety wraz ze straganami.

Lećmy po kolei!

Zacząłem od stworzenia bazy pod makietę w postaci kwadratu ze spienionego PCV o grubości 3mm ze ściętymi rogami (ot, taki sznyt wszystkich elementów terenu na ten stół). Pierwszy stragan zbudowałem dla skali, żeby mieć punkt odniesienia dla kolejnych elementów makiety. Cały, w stu procentach (w tym profile i deseczki) wykonałem z balsy. Tylko zadaszenie było przygotowane z naprawdę najgorszej jakości bawełnianej surówki, którą dodatkowo postrzępiłem i umoczyłem w mieszance wikolu z wodą. Dzięki temu zastygło w odpowiednim kształcie. Elementy kamienne zbudowałem odpowiednio:

  • kolumny ze styroduru Austrotherm o grubości arkusza 2,5cm
  • ściany z XPS-u Synthosu

Różowy styrodur, by miał bardziej „kamienną” fakturę ugniotłem zwitkiem folii aluminiowej, XPS zaś wgłębiłem zaokrąglonym rysikiem (ale do tego celu nada się i stary długopis).

Żeby ściany nie były nudne, skorzystałem z elementów do tworzenia biżuterii, z której poodcinałem wszelkie „zawieszki”. Dzięki temu stworzyłem coś w rodzaju płaskorzeźb na ścianie. XPS od wewnątrz pociągnąłem grubą warstwą gesso, żeby imitował tynk.

Drugie stoisko zaplanowałem dla handlarza pancerzami i bronią, toteż wykorzystałem całkiem spory asortyment bitsów różnego pochodzenia (w tym z dawno już nieprodukowanej ramki Mordheimowej!)

By zachować sznyt dekoracyjny, który już wcześniej użyłem, jako „trakt” wykorzystałem tłoczony element odklejony z zewnętrznej warstwy kubka na kawę z Maka 😀 Nie przestaje mnie zachwycać jak to super wygląda na makietach!

Pochodnię/koksownik (nie wiem jak to nazwać :P) zlepiłem również z elementów do tworzenia biżuterii oraz bitsa – cóż – pochodni z pudełka Flagellantów.

Nie mając ręki do GreenStuffu, bo rzeźbienie czegokolwiek w ogóle mi nie idzie, zamówiłem żywiczny zestaw koszy i skrzyń z jedzeniem od Hexy Shop. Jak zawsze znakomita żywica, fajne odlewy i mimo robienia stoiska „na oko” dwie skrzynki spasowały perfekcyjnie. Wybrałem skrzynię z bochenkami chleba i drugą z rybami. Trochę biblijnie, ale niczego tu nie trzeba mnożyć, mam zapas 😉

Roślinkę, na którą pomysł przyszedł mi nieco później, wykonałem zlepiając dwa fragmenty roślinności akwariowej. Jest to – wedle mnie – najsłabszy element tej makiety, ale niestety na jakość plastikowych wytłoczek tej roślinności niewiele mogłem poradzić. Nie chciały za nic w świecie zejść z tego nadlewki.

Czas zabrać się za spreje, aerograf i pędzel, przechodzimy do malowania! 😀

Wiadomo, podstawy 🙂
Podkład to spreje akrylowe, potem już aerograf, żeby utrzymać kolorystykę zgodną z resztą moich pustynnych makiet. Ogólnie każdy kamień to przejście od Zandri Dust (Citadel) do Bonewhite (Vallejo Air).

Chciałem naprawdę porządnie dopieścić stragany i bitsy oraz pamperki na nich. Zresztą, wszystko widać na zdjęciach powyżej! Z początku ryby były tylko srebrne (Silver – Vallejo Metal Color) ale okazało się, że zlały się w tak nijaką kupkę, że trudno było nawet dostrzec, co jest w skrzynce. Zalałem je Drakenhof Nightshade (Citadel) dla niebieskiego pobłysku, po czym naniosłem różne kolorowe odcienie łusek, żeby wyglądały na różne gatunki. Wszystko dostało lakier błysk od Vallejo, by wyglądały na mokre i śliskie. To prezentowało się już naprawdę ok, ale by nie było, że rybami cuchnie na całym targowisku, bo nieświeże, dodałem „lód” w którym trzyma je handlarz. Na pomoc przyszedł oczywiście Technical Valhallan Blizzard (Citadel).

Kolejnym etapem było wyciąganie wszystkich detali i układanie większej ilości drobiazgów. Kamienie oczywiście dostały potężnie rozwodnioną dawkę Smoke (Vallejo), przez potężnie, mam na myśli spokojnie 95% wody do 5% farby. Następnie drybrush do wyciągnięcia wszystkich detali.

Na makiecie pojawiła się jeszcze skrzynka z jabłkami (Tiny Tales Studio) oraz skrzynka na której planowałem umieścić więcej bitsów (skrzynka od MiniMonsters). Tu już zbliżałem się do szczęśliwego zakończenia 😀

Po pomalowaniu wszystkich elementów, czas było na doklejenie dodatkowych tarcz, włóczni i gdy to już było umieszczone solidnie – roślinność.

Tufty traw jak i biało-purpurowe kwiaty miałem od MiniNatur, kępki mchu od niezastąpionego Sławka z Paint Forge, a mieloną gąbkę z własnych zasobów, bo chciałem nieco ożywić kolorystycznie ściany!

Na zdjęciach też zestawiłem z modelami mojej Złotej Kompanii, by było porównanie skali.

Teraz muszę skleić/zdobyć jakiś fajny model handlarza 😀

Relacja z turnieju Warheim: Przeklęty Szczurołap

24 Marca (nie ma to jak w miarę aktualna relacja, czyż nie?) miałem okazję oraz niewątpliwą frajdę wziąć udział w swoim trzecim już z kolei turnieju Warheim w katowickim Innym Wymiarze.

Tym razem, motywem przewodnim turnieju był Przeklęty Szczurołap, którego postać miała symbolizować przygotowana specjalnie na turniej figurka. Zamówiłem bitsy i po niedługim czasie mogłem już sklecić Szczurołapa. Głównie zeszły na niego części ze zwykłego wojaka Empire State Troops, nieco drobiazgów od Skavenów, w tym głowa jednego z elitarnych Stormverminów. Ot, go big or go home, czy coś 😉 Po użyciu dość solidnej ilości GSu, szczurołap prezentował się zacnie. Pomalowałem go na barwy purpurowo-fioletowe, bo też nie ukrywałem, że to również on zapoczątkował (jeszcze niegotową) Złotą Kompanię, czyli sporą, ludzką bandę do Warheim.

Nieskromnie również pochwalę się, że jaskrawe barwy oraz specjalnie przygotowana podstawka, dały mi drugie miejsce w konkursie na najładniejszy model Przeklętego Szczurołapa, którego możesz obejrzeć poniżej:

Z racji tego, iż postanowiłem powalczyć w turnieju Nieumarłym Zastępem z Nehekary, czyli starymi (no trudno, żeby nie…) dobrymi (tu też nieco powątpiewam…) Khemryjczykami, oczywiście głównie będącymi klekoczącymi kośćmi odzianymi w gustowne bandaże i w towarzystwie hordy skarabeuszy, miałem nieco więcej pracy do wykonania. I to w temacie tych ostatnich wymienionych, QC, który jest odpowiedzialny za Warheim FS, podmienił znane z Warhammera Fantasy Battle Scarab Swarmy na 40mm podstawkach, na zdecydowanie mniejsze – na podstawkach 25mm. Wymagało to przygotowań, czyli zbudowania owych podstawek wraz z odpowiednio klimatyczną scenerią, by nie były po prostu puste. Tu z pomocą przyszła mi Haru, która okazało się, że rzeźbi w GSie wielokrotnie lepiej, niż ja bym mógł choćby próbować i tak oto powstało sześć podstawek z całkiem zgrabnymi skarabeuszami, od tych malutkich rozmiarów, do skubańców wielkości cziłały:

No to tyle w temacie przygotowań, oczywiście resztę bandy też musiałem ładnie odmalować, wykonać podstawki i mieć gotowych do walki.

Na poszukiwania skarbów, magicznych przedmiotów i mordowanie przeciwników wybrała się garstka bohaterów:

Książe Grobowców
Licz
Dwóch Heroldów
Nekrotektka
Przeklęty Szczurołap

Ze stronników, zabrali ze sobą jedynie trójkę Strażników Grobowca, bo na tyle wystarczyło złota na wyprawę, oraz nie ukrywajmy – jako jedyni zbierają doświadczenie, do tego zaczynają z fajnym ekwipunkiem i posiadają umiejętność Zabójczy Cios, na którą to liczyłem w pierwszym scenariuszu.

I tak, wiem, że poprzednia relacja była fabularyzowana, ale po prostu z pozycji bandy truposzy, jest to dość…monotonne, dlatego pozostanę przy klasycznym układzie 🙂

Pierwsza Potyczka

Pierwsze spotkanie postawiło mnie naprzeciw Szczerego i jego kompanii Zwierzoludzi. W scenariuszu chodziło o ubicie wielkiego mutanta, który dysponował kilkoma asami w rękawie, jak choćby tym, że był niewidzialny i trzeba go było najpierw wykryć.

Mając doświadczenie z gier o czołgach, wiedziałem, że nie mogę wystawić się przy krawędzi przy której zaczynał potwór, bo zwyczajnie mi zwieje. Wystawiłem się więc mniej więcej po środku stołu, co sprawiło, że gdy tylko byłem w stanie dopaść potwora, stał naprawdę blisko mnie. Wszystko poszło według planu i obskoczyłem go, nie tylko zatrzymując go daleko od sił Szczerego, to jeszcze dodatkowo – starając się zadać ten Zabójczy Cios i pozbawić go życia jednym cięciem. Po drugiej stronie stołu, biegałem schowanym w cieniu Szczurołapem, by wykonać jego zadanie i dostać się do strefy rozstawienia przeciwnika, ale niestety – Harpie Szczerego spadły na Szczurołapa niczym zły omen.

Udało mi się zadać dwie rany Potworowi, ustać całkiem długo Szczurołapem w walce z Harpiami i jedną nawet powalić na ziemię, do tego Licz wystraszył Wilki i te go nie zaatakowały. Ogólnie do połowy meczu wszystko szło z grubsza po mojej myśli.

Następnie zawiodło szczęście, czy też raczej – dopisało Szczeremu – dopadł on Potwora swoimi jednostkami, oraz Harpie powaliły i zatłukły mojego Szczurołapa, co dopiero miało przynieść niemiłe konsekwencje. Po tym zaś Szczery utłukł potwora, zadając mu ostatnią ranę i tyle było mojego grania. Mecz przegrany. Nie jakoś bardzo, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

Dodatkowo, w Sekwencji Po Potyczce okazało się, że cały myk Przekleństwa owego Szczurołapa polega na tym, że jak zginie, to „wybucha” jednego z moich bohaterów i wchodzi zamiast niego do kolejnej gry. Przecudownie. Szczęśliwie chociaż, że wcielił się w Herolda.

Druga Potyczka

Ten scenariusz zapowiadał się ciekawie, ponieważ na środku stołu znajdowała się Fontanna, w której Bohaterowie każdej z drużyn, mieli szansę szukać skarbów, wyciągając je i jednocześnie próbując zatrzymać przeciwnika. Do tego pośród ruin szalały watahy szczurów, wygłodniałe i poruszające się w losowym kierunku.

Potyczkę rozgrywałem z Shawassem, który to przybył na swój pierwszy turniej z Rzeszowa. Dowodził Grasantami Chaosu spod znaku Nurgla.

Rozpoczęło się dynamicznie, bo dwa „psy” chaosu, reprezentowane przez olbrzymie ślimaki, próbowały biec flanką, by móc moje siły zaatakować od  boku. Cała podstawowa piechota ruszyła zaś na złamanie karku na wprost, bo zasada Berserker każe im iść do najbliższego wroga w prostej linii.

Bitwa 3

Od tej bitwy miałem pod swoją komendą dodatkowych pięciu Łuczników. Zwykłe szkielety są niesamowicie plewne, tak więc z pomocą mojej Nekrotektki starały się trafiać z łuków Strzałami Asaph i całkiem niegłupio im to wychodziło.

Potyczka ta jednak była dość brutalna dla Shawassa od samego początku, bo horda szczurów przemeblowała w sposób straszny jego „psy chaosu”, a moi łucznicy najeżyli strzałami twardych bohaterów jego bandy. Nim się zorientowaliśmy, ilość zgonów w bandzie Nurglitów sprawiła, że Shawass musiał zdać test rozbicia i…. cóż. Nie zdał pierwszego. Żaden z nas nie miał nawet pół skarbu wyłowionego z fontanny, tak więc obaj przegraliśmy ten mecz.

Niedosyt i rozczarowanie było ogromne 😦

Trzecia Potyczka

Gdy zobaczyłem, że przyszło mi walczyć z Zawiszą, nieco zbladłem, bo jego Wysokie Elfy z reguły prezentowały bardzo mocno wykręcony poziom. Gdy dodatkowo zaczął wystawiać na stole Balistę, to naprawdę moja mina musiała być nietęga. Na poprzednim turnieju Zawisza rozłożył mnie 20:0, więc postanowiłem nie odpuszczać, tylko zdecydowanie wziąć się w garść i wycisnąć z tej potyczki co tylko się dało! Był to ciekawy scenariusz, w którym pogoda dawała mi sporą przewagę, bo była gęsta mgła, więc balista Zawiszy nie była w stanie siać zniszczenia od pierwszej tury. Po drugie, trzeba było biegać i zapalać latarnie, kto zapali 4 z 7, wygrywa scenariusz. Zapalać mógł oczywiście tylko Szczurołap. Do tego miałem dwa świetne rzuty na ilość skarabeuszy i na 2k3 – miałem pełną szóstkę.

Miałem plan na tę potyczkę, z racji centralnie umieszczonej ruiny po środku, do której dość szybko dążyła znaczna większość bohaterów Elfickich. Rozdzieliłem się więc na trzy grupy, a do tego wszystkiego łuczników wpakowałem na wzgórze wraz z Nekrotektką, by lepiej widzieli przeciwnika, na tyle na ile – oczywiście, pozwalała mgła.

Początkowe tury były bardzo szybkie, bo nikt nic nie był w stanie zrobić, poza Szczurołapami biegającymi od latarni do latarni. Gdy jeden z Elfich Bohaterów z umiejętnością Szybki chciał skusić mnie szarżą na siebie, wysłałem do tego celu Skarabeusze, przez co Zawisza wiedząc co się święci, podjął decyzję o dobrowolnej ucieczce modelem, na kosmiczne 2k6″. No i przebiegł naprawdę daleko. Dzięki temu, w budynku związałem w walce elfy głównie skarabeuszami oraz Strażnikami Grobowców, dzięki czemu po prostu jedna i druga strona bez specjalnych efektów machała do siebie bronią i tyle. W tym czasie przeprowadziłem plan oflankowania przeklętej balisty i posłałem w tym celu skarabeusze, które to balista zdjęła wszystkie trzy, ale to nie był problem – były przywołane zaklęciem. To sprawiło, że kupiły mi czas na przejście bokiem Heroldów i ostatniego Strażnika Grobowców i zaszarżowanie na balistę i jej obsługę. Dzięki temu miałem związane w walce wszystkie utrudniające mi zadanie jednostki przeciwnika, problemem był Szczurołap Zawiszy, który biegał również z zasadą Szybki. Plan był prosty – zabić go. Tym bardziej, że zapalił już trzy z czterech wymaganych do zwycięstwa latarni. Liczyłem tylko na łut szczęścia i się udało, cała piątka łuczników wystrzeliła i zabiła Szczurołapa, przez co mój mógł wykonać swoje zadanie. Zawisza nie chciał ryzykować strat i sponiewierania swoich sił, więc poddał walkę jednocześnie decydując się na moje pełne zwycięstwo!

Bardzo satysfakcjonujący mecz, znakomity scenariusz i co najlepsze – wspaniałe odegranie się za poprzedni turniej, również 20:0 tym razem dla mnie!

Potyczka Finałowa

Do ostatniej bitwy przystąpiłem w niezmienionym składzie, za to z większą ilością umiejętności i zaklęć. Czwarty scenariusz, wedle tego co się działo na stole był kulawy i błędnie opracowany. Szczurołapy miały się bić między sobą i tylko oni sami. Dążyli też w prostej linii do zwarcia. Teren był długą drogą, dodatkowo nękaną co najmniej dziwaczną „pogodą” czyli burzą chaosu oraz na domiar złego ze znacznikami piorunów, które uderzały w miejsca, gdzie przed walką rozstawiło się znacznik. Czyli w sumie nikomu nic nie zrobiły. Pic na wodę.

Pojedynek czekał mnie z Leśnymi Elfami Domana (swoją drogą, prześlicznie zrobiona banda!) oraz oczywiście, jego Szczurołapem wraz z wiernym Małym, Ale Zajadłym Psem!

Tu naprawdę niezbyt jest o czym pisać, dwie bandy powolutku się do siebie zbliżały (ja parłem do przodu, Doman się wycofywał) latały kule ognia i naprawdę dużo strzał. U mnie gąbką na ataki były skarabeusze, u Domana zaś driady, czyli najtwardsze z jego modeli. Tak czy inaczej, była to jedna wielka machanina bez efektu z nielicznymi zgonami głównie po stronie elfiej. Mecz zakończyliśmy remisem, bo do końca czasu nasi Szczurołapowie nie potrafili się wzajemnie zatłuc 😀

Jak zawsze dziękuję za świetny turniej i masę zabawy, oraz oczywiście – górę fantów, które z owego turnieju przytargałem 😀

 

Otwarcie Elminowego bloga :)

Raport z turnieju Warheim: Mitterherbst

W ramach rozrywki i chęci kontynuowania frajdy z gry, postanowiłem sklecić fabularyzowany raport z turnieju, który rozegrał się ostatniego dnia września roku pańskiego 2017 😉

Zajęło to troszkę, bo ostatnio wszystko, tylko nie próżnuję! Niemniej, jednocześnie pomyślałem, że to dobry wpis na początek, jako otwierający blogaska, którego nigdy nie planowałem stawiać 😀 Tak, serio. Wyszło przypadkiem, ale nie żałuję, bo mam już nieco zebranych materiałów, by umieszczać i opisywać zarówno raporty z turniejów (ale nie obawiajcie się, dwa turnieje rocznie to znów nie takie dzikie szaleństwo!) jak i tworzenie modeli, malowanie, konwertowanie ale też granie -wszelakiego- rodzaju! 🙂

Miłej lektury!

PS. Bierz proszę pod uwagę, że wszelkie błędy ortograficzne, są umieszczone w celu otrzymania bardziej orczego klimatu 😉

Przygotowania:

Herszt Kabargash obszedł naszą Bojową Bandę jak jakiś ludzikowy jenerał czy inszy szef elfowy. Chrzęścił tą swoją ciężką zbroją, rembaki i wielgachny topór kołysały mu się na plecach, a trzeba Wam wiedzieć, że to kawałki żelaza, wielokrotnie maczane po same łapy we krwi wrogów! Herszt nie nosił zwykłego hełmu, jeno miał wielką Żelazną Szczenę. Chroniła przed ciosami równie dobrze, bo od góry czarnego orka to mało kto łupnie, a od dołu i boku żelazne kły odbijały większość ciosów. Dobra rzecz!
Jak tak sprawdzał stan naszego ekwipunku, czy czysty (nawet nawet!), czy niezbyt zardzewiały (tu słabiej) albo czy zwyczajnie równo Chopaki stały w rzędzie (dramat…) to wyszło mu, że mu czegoś brakuje, a to ponoć ma być taka wyprawa, co gdzie każdy ma wiedzieć, kto idzie! Wziął jednego z chopaków, kazał mu znaleźć największą tyczkę w okolicy i sam poszedł do swojego namiotu. Wieczorem, gdy była już tyczka (naprawdę niezła! Ale to temu, że Kabargasha każdy się bał, żeby za niesub… Żeby w ryj nie zarobić stalową rękawicą), Herszt wylazł z największym hełmem Czarnych Orków, jaki widziałem. Chyba na trolla mierzony, bo nawet Szefu nie miał takiego czerepa! Zatknęliśmy hełm na tyczkę i powierzył tak przygotowany sztandar temu, co znalazł tę cholerną tyczkę i stwierdził:
-No! Miętkie robaczywe łachudry! Teraz widzą, że to Żelazne Czachy nadchodzą, a nie byle obdartusy!

Przytaknęliśmy szefowi (bo w sumie miał rację! Jak zwykle, zresztą!), chopak się ucieszył, że taki dobry fant niesie i ogólnie zaczęliśmy zwijać obóz. Debeściaki już ostrzyły swoje Wielkie Rembaki, Hart’Kor, nasz szaman, nazbierał jakichś zwojów co to zieloną poświatę za sobą zostawiały i gotowi do drogi, ruszyliśmy zgodnie z mapą, którą podejrzałem u Herszta! Zmierzaliśmy w stronę jakiegoś całkiem sporego wzgórza…

top

Pierwsze Spotkanie

Powiem Wam, że dziwnie pachniało tego dnia. Wiatr był jakiś taki…niesprzyjajoncy! Tak coś w kościach nam łupało, jakby po nas w nocy rydwan przejechał. Z dzikami, rzecz jasna!

Tak czy siak, byliśmy na miejscu! Sztandar z wielkim czarno orkowym łbem lśnił w słońcu i aż palce świerzbiły, żeby co jakąś bitkę odstawić! Nagle Szef podniósł łapę w górę, no to jak na znak, zatrzymaliśmy się. Pokazuje stalowym paluchem, a tu – nie chce być inaczej – stary sztandar z pobojowiska wetknięty w środek wzgórza, co to go miał na mapie! Niech go Mork kopnie, ale Herszt to zawsze wie, co i jak! No i tak już mamy ruszać, jak Hart’Kor mówi, że nie jesteśmy sami. Dwa gobosy szybko wskoczyły na ruiny jakiegoś budynku, co tu stał już dość długo, bo porośnięty był wypłowiałą trawą i zawalony do środka, pełen kurzu i zupełnie nie mający żadnego łupu do zawinięcia. Popaczyły i złażą, mówionc jeden przez drugiego, że Szefie Szefie, ale tam jakieś dziwne jaszczurki idom. Herszt się tylko wyszczerzył zadowolony, dobył dwa Rembaki i już wiedzieliśmy, że ten dzień będzie jeszcze lepszy!

Dobyliśmy Rembaki i ruszyliśmy dosłownie kupą, mości orkowie! Gobosy też, ale trzeba przyznać, że od kiedy mają babę w oddziale, to się żrą jeszcze częściej niż zwykle, takoż na start dziewczę goblińskie strzeliło focha i stwierdziło, że nigdzie zadka nie rusza. No ich strata!
Rozdzieleni na dwie spore grupy, parliśmy do przodu. Trzeba było przeskoczyć przez jakiś stary, rozpadający się kamienny murek, by już widzieć w zasięgu wzroku sztandar i wzgórze. Wiedzieliśmy, przez skórę dało się czuć, że jak nie zajumamy tego starego fanta, to jakbyśmy mieli w ogóle tutaj dzisiaj nie przychodzić!
Wtedy zza wzgórza, -DOSŁOWNIE- przywiało w powietrzu jedną jaszczurkę! Jakby go z katapulty wystrzelono, ale nie rozpaćkał się o wzgórze, tylko miętko nogami stanął. Hart’kor splunął na bok, więc już było wiadome, że magiya jakaś i w ogóle na Squiga urok! No, nie wyglądało to źle, bo co to jakaś tam jedna iguana, ale po chwili dojecał na wzgórzę istny zestaw jaszczurkuf, czyli jedna jaszczurka, na drugiej siedząca. Duże to, kłapało zębami, no nic to! Więcej śmiesznego mięska będzie na ruszt! Wtedy też, jak już prawie pierszy jaszczur łapał fanta, usłyszeliśmy jak Szefu nabrał powietrza w płuca jak miechy…już poczuliśmy, jak wzbiera w nas radocha i siła, a potem ryknął takie WAAAAAGH! Jak dawno! Ale słowo daję, nigdy mie tak nogi nie niosły i gardła tak nie zdzierałem jak tego dnia! Powiem Wam, że miny jaszczurków były nietengie, czy nawet nie ten tengie! Stoisz se, prawie już wyciągasz łapę po fant, a tu pach! Wpada na Was najbardziej wkurwiona banda Zielonych, po tej stronie Ksienstw Granicznych! I to jeszcze z okrzykiem na gębach! Ha! No powiem Wam, że ten jaszczur na jaszczurku to trochę był problemem, bo się skubany umiał bić, ale ten co na nogach przyleciał, to nie dosięgnął paluchami NASZEGO fanta! Co to, to nie! Jucha się polała, Rembaki zanurzone w pokonanych po same paluchy! Herszt nasz złapał fant osobiście i wraca z nim tam, skond przyszliśmy. No i odwracamy się, a tu się okazuje, że się, skubany z piórek, drugi taki duży jaszczur na piechote, londuje nam między gobosami i przy Hart’korze! O Ty w łuskowy zad rembakiem dymany, nie ma takiego wyskakiwania za plecy! Gobosy, trzeba im przyznać, rzuciły się na niego z zębami, nożami i pałkami całkiem dzielnie. No, jak na gobosy! Hart’kor niestety w łeb zarobił i mroczki sprawiły, że leżał nieprzytomny, jak gobole okładały jaszczurke. Nasze Debeściaki wsparły gobosy, bo co to tak, żeby jakiś guwniak zabierał nam trofeum! (Jeszcze żywe, ale nie przesadzajmy!) Przyszedł więc jeden z Dużych, jak mu wywinął w czerep, to gdyby mógł, to by laćki w powietrzu zgubił. Ale się okazało, że jeszcze żyw no i faktycznie, jeden Gobos go dobił. Głupia sprawa, ale mały dostał w łeb, że jak jeszcze raz tak zrobi, to za amunicję do katapulty będzie robił i już się nie wymądrzał, ale widać było, jak zęba jaszczurce wyrwał. Cfaniak.

Podsumowujonc, jak to mawiajom ostatnio na mieście “meczyk wygrany, jaszczur podany” czy coś! Nawet policzyłem to, wyszło 12:8 dla nas. Nie ma to tamto, dobrze poszło! No i mamy fant!

Drugie Spotkanie

Kolejny dzień w drodze, tym razem trochę szpanujonc zdobytym fantem. Szef dostrzegł niemałe wzgórze na środku jakiejś dawno zrujnowanej mieściny. Słowo, same ruiny dookoła, wzgórze po środku i na jego szczycie….obozowisko! Beczułki z piwkiem, pieczone jadło i ogólnie aż nam trochę w brzuchach zaburczało, bo takie jaszczurki to nieco chuderlawe, więc iguana na patyku tylko z tego była. Okazało się jednak, że som dwa problemy.
Po drugiej stronie wzgórza zaczaiły się małe, brodate baryłki, pewnie ich zapach piwka przyciongnoł! A dodatkowo, właściciel obozowiska zastawił fest dużo pułapek po okolicy. No tak średnio, bym powiedział, zaczynał się ten dzień, ale ranek był, nie ma na co czekać, brać rembaki w dłoń i biegusiem. Dwóch debeściaków i Hart’kor powiedzieli tylko Moment! Pułapki! i poszli je rozbrajać. No tu też poszło z przeciętnymi sukcesami, Hart’kor dostał eksplozją w ryło i aż go odrzuciło, ale okazało się, że poza osmaleniem tylko dzwoni mu w uszach, jednemu z dużych się nie udało, ale bez jakiegoś przykrego efektu, a drugi, co dziwne dał radę. Po drugiej stronie wzgórza dało się za to słyszeć naprawdę dorodne eksplozje i muszem przyznać, że nawet przez chwile mi było szkoda tych małych baryłek. W końcu, co to za frajda, jak ma się mniej tych brodatych pieńków do wycięcia? No nie zmieniało to faktu, że teraz już można było solidnie się przebiec na wzgórze! Niestety, wejście na nie było…cóż. Wąskie! Jeden dorodny chopak na raz i tyle. Nie ma zmiłuj! Gobosy wspinały się bokami wzgórza, bo im to lepiej idzie, a my wężykiem, jeden za drugim. Troche tak głupio, ale no co zrobisz, jak nic nie zrobisz? No i jak wyleźliśmy na pierwszy bardziej płaski teren, to siem okazało, że z ruin po drugiej stronie wzgórza wylazły kraśki! No fakt, mało ich było. Widać było nawet dwie mocno dymiące pułapki z krótkimi trupkami leżącymi na nich. Niefart! No i wtedy ich niski szefu stwierdził, że nie ma tak, że się wszyscy zieloni pakują na wzgórze bez kłopotu, wyjął spluwe i wypalił. Kula odbiła się z donośnym dźwiękiem od wielkiej zbroi Szefa, a ten tylko mruknął parę przekleństw i wskazał pancernym paluchem kraśki a te, mając i tak słaby dzień, aż pobladły do koloru siwej brody ich mekaniaka. Jeden z gobów jak zobaczył polecenie szefa, to tak się zapalił, że wziął swój krótki łuk, napiął szczałę i jak ją posłał w te kraśki, to…wierzcie bonć nie, ale wraził ją prosto w oko jednemu z baryłkowatych wojów. Ten po prostu szczezł na miejscu i koniec. Kraśki jak pojęły, że u nas nawet gobos wycina ich wojów szczałą ze wzgórza, zawinęli krótkie nóżki tak szybko za pas, że nawet po gruzowisku wskakiwali do ruin. No tu było już wyzamiatane, wleźliźmy wszyscy, co do ostatka na wzgórze, wetknęliśmy nasz sztandar Zelaznych Czach na szczycie i wiedzieliśmy, że tego dnia, nic nie zepsuje!

Ponownie podsumowujonc, tutaj kraśki szczęścia nie miały od poczontku, tak więc jak się okazało, że właścicielem obozu jest dupny jak troll górski Ogr, to odpowiednią ilością trunku i dobrej zabawy, przekonaliśmy go, żeby się do nas dołączył. Potem się okazało, że za oręż robiła mu naprawdę, NAPRAWDĘ wielka armata. W tym ferworze dobrej imprezy, posłaliśmy cichaczem do obozu kraśków jednego gobosa, coby jak zasną, albo rannymi się zajmą, zostawił im na środku wiaderko pomarańczowej farby, brzytwe oraz worek cukru, żeby ze hehe, włosy popostawiali! 20:0 dla Żelaznych Czach! Nie ma to tamto! WAAAAAGH!

Trzecie Spotkanie

Powiem Wam, że ta bitwa to był trochę przypał. Nawet nie trochę, a mocno. Gobosy od poczontku czuły, że będzie źle, bo elfy im cuchnom. No nie poradzisz, nosy im wykręca i koniec! Stare rasy, psia mać, siedzom z tymi ksiengami i woluminami całe życie, to śmierdzom! Proste. Nie mniej, trzeba było to jakoś sensownie rozegrać, bo trzeba było biec ile sił w nogach, na drugą stronę tych zawszonych ruin, żeby uciec z naszym fantem-sztandarem i przenieść go tam, skąd przyszły elfy! No i musiało coś pójść nie tak! No musiało! Okazało się, że jeden ylf miał łuk pełen magicznego mambo-dżambo, który strzelał tak szybko, że oko bielało! Strzały waliły jak ogrza maczuga i leciały jakby znikond! Powiem Wam, że sam początek tego spotkania nie był zbytnio szczęśliwy. Hart’kor zarobił taką bombę na łeb zaraz na początku, że mu laćki spadły jak wycinał fikoła. Potem parę gobosów dostało, ale to nic poważnego, zresztą, kto by się przejmował! No i zanim dobiegliśmy do połowy tego parszywego terenu, to wyszło, że ich czarownik przygotował jakiś taki czar, który sprawił, że ylf z ich szmatą wskoczył w świeconce drzwi i wybiegł tam skąd przyszliśmy! Nawet nie było po co wracać. Ech. Do dupy taki interes. Po wszystkiemu okazało się, że wcześniej Herszt się rozmówił w nocy z tymi ylfami. Znał ich plan, wiedział, że ich czarownik da radę wypluć ich sztandar u nas i ogólnie słabe mamy szanse, a ten ich magiczny łuk, to naprawdę nas powycina. Takoż wyszło, że wszystkie strzały miały takom poduszke na końcu, z grochem, przez co w sumie nasze chłopaki przeżyły. Nie mniej, niesmak pozostał, nie rozmawialiśmy o tej walce więcej. Żaden Rembak we krwi nie był umoczon i to jest hańba. Jakbym miał włosy, to bym sobie na pomarańczowo pomalował, o!

Podsumować nie ma co, bo to przykry dzień był. 0:20 i tyle. Nie mniej, Herszt powiedział, co podkreślę -DO MNIE!- ej młody, choć teraz z nami, musimy się naradzić!. No i nie uwierzycie, ale serio, trzymamy się teraz razem z Szefem, Debeściakami i naszym Szamanem! No po prostu, aż sobie trochę sprzętu dokupiłem z tej okazji! Zgrabny pancerz, to nie w kij dmuchał! Ha! Bo co się okazało, mieliśmy conieco fantów na sprzedaż, po tej przykrej przygodzie. Wyszło z tego tyle złota, że Szef sobie Magiczny Rembak kupił, trochę zaklęć w nasz sztandar udało się upleść, a do tego, zostało dość hajsu, żeby zatrudnić trolla spod mostu, co to żeśmy go po drodze musieli minonć! Rzeczny, cuchnie trochę rybą, ale w sumie taki poczciwy dość. No i błyszczy się w słońcu. Nic to, blizny też trzeba gdzieś zdobywać, a tu się okazuje, że wyprawa ma się ku końcowi!

Bitwa Finałowa!

Herszt nas zebrał i powiedział wprost – Wszystko, albo zupełnie nic! Teraz albo nigdy! Albo zbierzecie zady w garść, albo jesteście guwno wartą karmą dla squigów! Jak szef tak zaczyna, to nie ma żartów, wierzcie mi! No i pytam, Szefie, ale co tak? a on na to wyjął swoją mapę, pokazał paluchem na resztki jakiejś durnej wsi. Pazurem przeciął ją na cztery i ułożył obok siebie, po czym mówi: tylko, jak Zielona Siła, naszych Żelaznych Czach, zajmie te tereny, po każdej ćwiartce – hehe – po kolei, to wygramy! I to wygramy solidnie! Nawet nasz Ogr się zapalił po takiej przemowie. A nie, zapalił lont do działa. Trochę się bałem, że dupnie, ale nie dupło. Miał od tego jakiegoś śmiesznego gobosa, co to go gnobem nazywał. Szef powiedział nam, że będziem mieli nieprzyjemność walczyć z nietopyrzami, co to już raz zdechły, więc trochę przykro, bo trochę głupio tak tłuc coś, co nie żyje. Zero frajdy, wiem co mówie! No ale, nie ma co, westchnęliśmy, złapaliśmy Rembaki i szliśmy tłuc. Podzieliliśmy się na dwie grupki. Mniejszą, co to miała tylko zająć i utrzymać ćwierć wsi, oraz ewentualnie sprawić, by wróg, który zaczynał po przeciwnej stronie, nie mógł przypisać sobie trzeciej ćwierci. O czwartą plan był – tłuc się do ostatniego zemba! No i przyznam, że nietypowe były te wąpierze. Ich dziwny, żylasty szefu latał, pokurczony był i szary. Mieli zombi, oraz ich czarownik cuchnoł trupem. Hart’kor, powiedzmy sobie wprost, miał kolejny raz pecha! Szkoda mi go, bo ani pół czaru nie dał rady wyczarować, przez te wszystkie dni. To można siem załamać! No i ten durny latajoncy wąpierz po prostu doskoczył do niego, z baaardzo daleka, po czym wygrzmocił mu tak, że znów szaman nam leżał z pustym wzrokiem. Ech. No co mieliśmy robić? Szef się wkurwił nie na żarty, ryknął WAAAAAGH! Nasz chopak ze sztandarem dostał znak od herszta i stuknął mocno tyczką o kamień, przez co aż mocny, zielony dym poszedł z tej wielkiej głowy czarnego orka! Poczuliśmy taki zew Łomotu, jak jeszcze nigdy! NIGDY! Nawet zombi przestały być straszne! Debeściaki pobiegły, jakby ich sprzęt nic nie ważył a my dopadliśmy wąpierza! Debeściaki zaczęły tłuc po ryju dupnego jak nasz troll Cmentara! Czy tam Graveira, zwał jak zwał. Ja już wiedziałem, że z tymi dwoma, to koleś ma równo przerąbane. Hehe. Dosłownie! Nasz troll, głupi, ale rzucił się na zombiaki, żeby po prostu je równo stłuc. Problemem był nasz Ogr. Ten ich durny czarownik sprawił, że ogr się nam źle poczuł. Słowo! To brzmi tak głupio, przy tak wielkim skubańcu, ale jednak! Powiem Wam w skrócie, że młócka wtedy działa się już wszędzie! Gdzieś w tym wszystkim były jeszcze gobosy, ale w sumie chyba za bardzo nie zwracałem na nie uwagi! Faktycznie, Graveir nieźle poharatał Debeściaków, ale byli w stanie ustać więcej, niż można sie po nich spodziewać! Tym bardziej, że przebiegły Ghast wpadł im na plecy i te durnowate Dregi! Wierzcie mi, to była walka tak równa, tak zaciekła, że dosłownie leciał zomb za zomb! Nie było zmiłuj i nikt nie dawał pola.
Aż do czasu.
Przyznam, że tego widoku nie zapomnę, chyba nigdy! Nasz ogr, dosłownie momentalnie złapał się za swój bebech, po czym widać było, jakby całe życie przez niego przeszło w czasie jednego ciosu dawanego ghulowi po ryju! Postarzał się, zszarzał, włosy mu posiwiały, wypadły, a potem oczy się zapadły i usechł! Dwa uderzenia ghula (po łbie) później, wiatr rozwiał suche jak proch szczątki ogra! Trochę scykałem, przyznam! Nie, że spodnie do wymiany, ale trochę jednak. Wtedy widzę, że ten ich przebrzydły nekruch aż się uradował na ten widok! Już zamierzył się z kolejnym czarem na naszego trolla! To se myślę, jak nam tak samo zestarzy trolla, to jesteśmy, nie przymierzajonc, w czarnej dupie. Nie to, że rembaki nam się stempiły, ale kurde, troll i ogr, to nie w grzyba dmuchał! No i wtedy dosłownie na chwileczkę, zawiało jak sam skurczybyk, coś rozdarło powietrze nad nekruchem, spuchła mu głowa, ale tak jak nadmuchany miech, po czym jak nie dupnie! Jak nie walnie! Eksplozja była taka, że rozsadziło gnojka na najdrobniejsze kawałeczki! A tak mocno, że sztandarowego ichniego, co to stał obok nekrucha, zwiało jak drzazgę! Wybuch był tak wielki, że ten ich Ghast, co to tłukł Debeściaków po plecach też wyparował! I ghule sprzątnęło! No i wtedy jakby na to nie spojrzeć, nawet trupy skumały, że coś poszło nie tak! No i ten ich wąpierz, lany przez nas równo i dookoła, nabrał powietrza w płuca, by ryknąć, że mają stać i walczyć, oberwał od Szefa w kule. Serio. Nie wiem czy wąpierze mają kule, czy im uschły, ale oberwał kopniaka z pancernego buciora czarnego orka! Jego krzyk zamienił się w pisk. Niby nie oberwał solidnie, niby to nie była taka rana, żeby mu jakaś posoka pociekła, ale wystarczyło! Jego truposze wiedziały, że to już zbyt wiele i zaczęły pierzchać, jakby sam Gork ich gonił. Albo Mork.

Podsumowanie! To było zwycięstwo! Trochę gorzkie, bo Hart’kor ponownie się nie popisał, dostając w czerep praktycznie na samym początku, troszkę przykro, bo nam ogra przeminęło z wiatrem. Troszkę niedosyt, bo jednak milej nekrucha nadziać na rembak, a nie patrzeć, jak mu łeb wybucha. Ale zwycięstwo! 17:3 dla Żelaznych Czach! Herszt kazał nam rozbić obóz i ruszył gdzieś, odebrać zasłużone nagrody! Ponoć wiele band pod sztandarami biło się wtedy w okolicy i byliśmy siódmi! Na aż 20 innych band! Ja tam jestem z nas dumny fest! Aż sobie upiekłem squiga i wypiłem krasnoludzkie piwko, z tej okazji!
Do następnej bitki, chopaki!

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑