Relacja z turnieju Warheim: Ostatnia Faktoria

Szóstego Października w Innym Wymiarze, w Katowicach miał miejsce najświeższy turniej Warheim, czyli właśnie ten z podtytułem „Ostatnia Faktoria”.
Oczywistym było, że trzeba jechać i walczyć! Tym razem postanowiłem wybrać się z bandą Zwiadowczej Kompanii Królestw Ogrów, czyli w skrócie – z trójką potężnych skurwoli na dużych podstawkach (oraz oczywiście zdecydowanie nieistotną dwójką gnoblarów-bohaterów).

Na ten turniej, przygotować trzeba było obozowisko dla swojej bandy. Maksymalny wymiar w calach dawał nieco ponad 30x30cm i postanowiłem iść na pełen rozmiar, choć widziałem na turnieju obozy o najróżniejszych formach i rozmiarach. Miałem świetny pomysł na obozowisko dla Nehekary, ale absolutnie żadnego sensownego dla ogrów. Dopiero w okolicy lipca Haru podsunęła mi ciekawy pomysł i ruszyłem w tę stronę.

Obozowisko miało mieć miejsce w truchle jakiegoś gigantycznego stworzenia (nie mam pojęcia co miałoby być tak wielkie, ale zupełnie nie chodziło mi tu o skupianie się ani na logice ani na fabularnym aspekcie Starego Świata :D) Chodziło o efekt!

Wpis z budowania obozowiska wrzucę następnym razem 🙂

Banda Ogrów na sam start nie składa się ze zbyt pokaźnej liczby modeli, bo jest ich całe pięć. Trzy ogry oraz dwa gnoblary. Wszyscy w tym zestawieniu są bohaterami, choć bądźmy szczerzy – gnoblary robią na początku za dekorację. W trakcie turnieju okazało się, że nie do końca, ale o tym później.

Na sam początek trójka największych! Irongut (Żelazobrzuchy według podręcznika) będący klasycznym silnorękim, Herszt (podręcznikowo będący Łowcą) mający na starcie nie tylko włócznię ale też kawał solidnego Harpuna oraz Firebelly (Ogniobrzuchy), który sprawdza się znakomicie w roli czarodzieja, jednocześnie będąc chyba jedynym magiem w grze, który jak trzeba, to spuści przeciwnikowi naprawdę sążnisty łomot!

Następnie dochodzi dwójka Gnoblarów Traperów, którzy są niebywale plewni i nic nie znaczący w swoich żałosnych statystykach, ale mają kilka zalet. Po pierwsze, zaczynają z zupełnym brakiem posiadanego doświadczenia, więc bardzo szybko zdobywają poziomy, mogą zastawiać pułapki, które dodatkowo wymodelowałem na okrągłych podstawkach – jako znaczniki, oraz – co okazało się całkiem istotne – są BOHATERAMI, a więc mogą wykonywać zadania dla tychże przeznaczone. Jak na ten przykład ograbianie budynków czy noszenie skarbów. Przyznaję, przez cały turniej żaden z tych dwóch knypków nie wykonał ani jednego ataku w stronę przeciwnika, ale biegali, nosili skarby, przekopywali ruiny w poszukiwaniu łupów i ograbiali ciała. Nie nudziło im się!

Już wiem, że na następny turniej najpewniej zrezygnuję z Ironguta na rzecz dwóch Szablozębnych, ale to wynikało z tego, że na Irongucie w ogólnym rozrachunku się zawiodłem. Dwa koty za to, sprawdzają się lepiej niż znakomicie!

Pozostałe jednostki w bandzie ogrów, to oczywiście Byki, czyli „zwykłe” i „podstawowe” jednostki. Niestety, będąc bardzo drogimi (140zk za jednego!), mogłem sobie na dwóch takich dopiero pozwolić w ostatnim meczu.

Z gnoblarów nie korzystam, bo zwyczajnie uważam, że w tej bandzie są marnowaniem złota 😉 Mam jednego „na szczęście”. Specjalnie wręcz wybrałem model bez żadnej broni i zbroi, bo wygląda odpowiednio bezużytecznie 😀

Do dzieła!

Pierwsza Potyczka

Pierwszy mecz, ku naszemu wspólnemu niezadowoleniu, grałem z Findarem. Niezadowolenie nie wynikało oczywiście z tego, że nie lubimy ze sobą grać, tylko dlatego, że po prostu jedne Ogry spotkały się z drugimi Ogrami. Dokładnie te same rozpiski i dokładnie to samo zadanie do wykonania. Od samego startu wiedzieliśmy, że tak naprawdę wygra ten, kto będzie miał więcej szczęścia w kostkach oraz choć odrobinkę lepszą taktykę.

(jak widać, zdjęcia  bezczelnie pożyczyłem od Quidamcorvusa , bo sam byłem tak zaaferowany grą, że zupełnie zapomniałem robić zdjęć!)

Walka toczyła się o budynek przy mostku (ten bardziej zrujnowany). Przejęcie go, dawało wygraną oraz możliwość zdobycia darmowego, magicznego przedmiotu, który w Zapomnianej Zbrojowni się znajdował.

Z początku jedyne na czym nam zależało, to by wejść w zasięg swoich szarż. Ogry dysponują znakomitą zasadą Byczej Szarży, pozwalającej na zadanie dodatkowego uderzenia zupełnie za darmo, jeśli tylko szarża jest dłuższa niż bazowa statystyka ich ruchu. Co sprawia, że trzeba ogrem mierzyć szarżę między 6 a 12″. Walka z drugą bandą ogrów, to jest troszeczkę takie mierzenie się, komu uda się lepiej wbić w przeciwnika. Udało mi się zastawić pułapkę w postaci Ironguta, na którego dzielnie ruszyły modele Findara. Przyznaję, mój ogr dostał srogi łomot, kończąc z ogłuszeniem i Findar już planował wyrżnąć go do cna, gdy udało mi się nie tylko dokonać Szarży nurkującej moim Firebellym, to jeszcze po oddaniu strzału z Harpuna, turę później doszarżować Hersztem. W efekcie, dwa modele Findara straciły przytomność, kończąc jako Wyłączone z akcji. W tym czasie moje dwa gnoblary idąc po kładce, zajęły pierwsze piętro centralnego budynku, a jak wspomniałem wcześniej – licząc się jako pełnoprawni bohaterowie, zajmowali już zbrojownię. Wtedy też Findar się rozbił, ja zaś wygrałem mecz. Posiadanie większości modeli 6″ od zbrojowni oraz jej faktyczne przejęcie, dało mi szansę na zgarnięcie magicznego nabrzusznika, który otrzymał Herszt.

Satysfakcja z mocnej wygranej była, choć przyznaję, walka ogrów przeciw ogrom jest z założenia dość trudna. Przynajmniej nie ma się co martwić o przewagę liczebną przeciwnika 🙂

Złota brakło mi na pełne planowane zakupy, bo rzuty na ilość łupów miałem zdecydowanie marne, za to na dostępność niezłe. Drużyna przed drugą potyczką rozrosła się o jednego Szablozębnego oraz Firebelly otrzymał magiczną różdżkę, miotającą pociskami.

Druga Potyczka

Scenariusz Sztandary na wietrze przyszło mi rozegrać z Trawusem i jego zbrojnymi z Middenheimu. Bardzo mocna drużyna, bazująca na dużej ilości agresywnych psów bojowych, do tego większość istot w tej drużynie dysponuje siłą 4, co niebezpiecznie wygląda na tle wytrzymałości moich ogrów, o tej samej wartości. Na szczęście, jak to ludzie – posiadają 3 punkty wytrzymałości, więc moje miecze dwuręczne i młoty dwuręczne, oraz Herszt z już rozwiniętą siłą 5 i włócznią, dawali dobre szanse na zranienie.

Co mnie zdecydowanie zmartwiło to fakt, iż Trawus miał maksymalną ilość postaci na swoją bandę, więc przewaga modeli była prawie na poziomie 3:1, z czego 2 modele u mnie to gnoblary, którymi zupełnie nie planowałem walczyć, a które dorobiły się umiejętności Sprint, zwiększającej zasięg ich biegu.

Otwarcie miałem bardzo mocne, ponieważ po kilku zachowawczych ruchach, Trawus poświęcił swoje kostki rozproszenia na zdjęcia zaklęcia wspierającego moje ogry, przez co brakło mu już kości na rozproszenie magicznego pocisku wystrzelonego z różdżki. Ten zrobił wyrwę w ciele pierwszego ze stronników Trawusa, dzierżącego broń dwuręczną i w efekcie poległ nie wykonawszy nawet kroku.
Do tego gnoblary rozbiegły się sprintem w stronę budynków zdatnych do przeszukania za skarbami, a Szablozębny dysponujący niesamowitym ruchem na aż 16″, zaczął zataczać nieco większe koło wokół budynków, bo według kart z zadaniami na ten mecz, miałem ochotę upolować nim Sztandarowego, którego miał w swych szeregach Trawus.

Furia którą posiadają psy bojowe Middenheimu zmusza je do bezpośredniego parcia wprost na przeciwnika, więc tu ponownie zagrał mój plan, mający na celu związanie ogromnej ilościowo bandy w najwęższym przejściu na stole, między masywną skałą a ruiną centralnego budynku. Gdy więc zdecydowana większość Middenheimczyków podążyła za swoją sforą psów, miałem idealne miejsce na wykonanie szarży moim Hersztem, który posiadał swój nowiutki, lśniący magiczny nabrzusznik, dający mu cechę Druzgoczący i Przebicie Pancerza (które to akurat nie było potrzebne na nieopancerzone psy). Efekt był naprawdę satysfakcjonujący, bo ze stołu zeszły natychmiast 2 psy a kolejne 2 leżały powalone na ziemię, więc nie musiałem się obawiać ich ataków z dużą siłą i dodatkową nienawiścią. W tym czasie Irongut i Firebelly przyjęli odpowiednie pozycje, poszły zaklęcia, ale bez tak dużych sukcesów jak poprzednio. Jeden gnoblar zdobył skarb z budynku, a drugi w nim niefartownie utkwił do końca gry będąc wyłączonym z akcji pod gruzowiskiem.

Kolejne tury były stosunkowo monotonne, polegające głównie na rzucaniu zaklęć, rozpraszaniu ich, oraz regularnej młócce mojego Herszta z przeważającymi siłami Trawusa. Polowanie na sztandarowego było spowolnione próbami przejęcia szarży mojego wielkiego kota, jednak przy odrobinie szczęścia udało się ruszyć za pechowym sztandarowym, który podjął decyzję o ucieczce przed szarżą Szablozębnego, co skończyło się fatalnie, bo te bestie biegające na 16″ radzą sobie w takiej sytuacji znakomicie. Dodatkowo udało się gnoblarem podnieść skarb, który ów sztandarowy upuścił.

Końcówka meczu była bardzo napięta, bo Middenheimczykom udało się zdjąć mi zarówno Ironguta jak i Herszta, a Firebelly się wycofał. To był jednakże moment, kiedy Trawusowi po prostu nie udało się zdać testu rozbicia, który wsiał nad nim już od kilku dobrych tur, z powodu strat, jakie mu zadałem.

Trzecia Potyczka

Trzecie spotkanie przyszło mi zagrać z Pepe i jego Wąpierzem spod sztandaru Krwawych Smoków. Przyznam szczerze, nie radzę sobie tak mało liczną bandą z dobrym kontrowaniem bandy nieumarłych, w której dowódca może wzmacniać dowolną grupę stronników swoją kosmicznie wykręconą statystyką walki wręcz (8!!!) i trzeba się obawiać nawet plewnych zombiaków. Dodatkowo, nekromanta w tej drużynie potrafi przywoływać zombiaki spod ziemi od razu „wstawiając” je do zwarcia niczym pełną szarżą, co wyjątkowo stopowało moje ogry, bo musiały się rozdrabniać na jakichś zupełnie nieznaczących przeciwników, niegodnych nawet by oberwać z ogrzej maczugi. Na domiar złego, w tym scenariuszu panowały nehekarskie ciemności i każdy model próbujący biegać, miał szansę wybić sobie zęby o własne nogi, tyle dobrego, że zasięg widzenia najczęściej był dość mocno ograniczony.

5

Popełniłem w tym meczu kilka zasadniczych błędów, jak choćby nie docenienie tego, że mój szarżujący ogr, zahaczając krawędzią podstawki o teren lasu, ma obcinany ruch, więc cała moc Byczej Szarży rozbiła się o jakieś dwa zupełnie nieistotne zombiaki, a pan wąpierz radośnie ruszył spacerkiem dalej, wspierając swoje truposze. O tyle dobrze, że ilość zaklęć, jakie rzucał Firebelly, negowały szanse Pepego na wyczarowanie swojej cholernej klątwy, którą na poprzednim turnieju gdy graliśmy, zabił mi – nomen omen – ogra.

Kotami udało mi się zabić najemnika, którym dysponował Pepe, Firebelly zatłukł dwie zjawy po czym zarówno Wampir jak i pozostała, trzecia zjawa, sprowadziły mojego Firebelliego do stanu, gdzie był powalony na ziemię. W tym czasie i Herszt i Irongut jak i koty byi związani w walce z przywołanymi zombiakami, więc naprawdę czułem się paskudnie bezsilny, tym bardziej, że w tym meczu zupełnie, ale to zupełnie nie mogłem się dogadać z własnymi kostkami, przez co nawet zabijanie modeli szło mi jak po grudzie. Zmęczenie i głód na dodatek dawały o sobie znać.

Poddałem bitwę, nieco ograbiając Pepego z możliwości zdobycia większej ilości punktów (miał sporo skarbów w swoim posiadaniu, ale żadnego nie doniósł do mojej strefy rozstawienia), nie mniej – bardziej przed finałową potyczką, zależało mi na nie straceniu Firebelliego, który mimo tego, że został powalony na ziemię, nie zginął i dodatkowo posiadał kilka dodatkowych punktów doświadczenia, więc potencjalnie kolejny awans i więcej umiejętności czy lepsze statystyki.

Potyczka Finałowa

Gdy zobaczyłem z kim będę grał czwarty mecz, już wiedziałem, że będzie grubo 😀 Adrenalbooster i jego Skaveński Klan Eshin, czekali na to, by spotkać się oko w oko, czy raczej oko w kolano z moimi ogrami!
Jak sam zauważył, to trochę bratobójcza walka, głównie przez ilość nerdzeniogodzin, jakie spędzamy codziennie na konwersacjach okołofigurkowych. Niemniej, trzeba było się szykować do ostrej potyczki.

6

Dzięki finansom zaoszczędzonym po meczu z Trawusem (brak dobrych rzutów na dostępność, by kupić cokolwiek sensownego) i przy użyciu całego złota, jakie zarobiłem w przegranym meczu z Pepem, udało mi się nająć dwóch ogrzych Byków, co sprawiło, że ilość modeli w mojej bandzie drastycznie wzrosła! Nie zmieniało to faktu, że szczurów na stole było „jak mrówków”, a do tego musiałem się obawiać skaveńskiego Szpiega-Najemnika, który podmieniał mój dowolny model stronnika, będący na małej podstawce. Otóż miałem tylko jeden – najemnego Łowcę Nagród, którego dzięki tej wiedzy, mogłem puścić już od pierwszej tury gdzieś w cholerę za linią makiet, żeby był z dala od czegokolwiek.

Zadaniem było przeprowadzenie skarbu ze środka stołu do obozowiska przeciwnika, co było utrudniane tym, że po pewnym czasie skarb zaczynał zadawać obrażenia niosącym go modelom – o czym po tak męczącym dniu – po prostu skrzętnie zapomnieliśmy. Moje ogry ruszyły ostro do przodu, próbując zabezpieczyć budynek, zaś Szablozębne, będące w posiadaniu umiejętności Szczurobójca (sami rozumiecie, koty polują na myszy… :P) urządziły sobie zawody w bieganiu za Krzyśkowymi guttersami – z całkiem dobrymi wynikami! Pierwszego Byka wypuściłem jako przynętę na kawałek modelu, który widziałem – przyznaję, nawet nie pamiętam co to był za szczur, liczyło się użycie Byczej Szarży i pewna pułapka, na którą mogłem sobie pozwolić. Gdy więc szczury dosłownie obległy mojego ogra tworząc wokół jego podstawki cały wianuszek modeli, rozszarpały go bez żadnego problemu, zostawiając w tym miejscu puste miejsce, idealne by wbić się moim Hersztem jak dzik w maliny. Magiczny nabrzusznik, umiejętność taran i włócznia oraz 5 siły miały mi zagwarantować jackpot i szczury rozdeptane na dżem. Niestety zapomniawszy na śmierć o umiejętności Morderczy Atak, znacząco ułatwiający zabijanie przeciwnika, większość szczurów skończyła ogłuszona bądź powalona na ziemię, bez szczególnych sukcesów. Zmęczenie i błędne zapisanie umiejętności w tabelce ekwipunku sprawiło, że przegapiłem szansę na naprawdę mocarne wejście :C

W tym czasie mój drugi byk ostro przeprowadzał skarb pod fantastyczną karczmę Adrenala, gdzie w podziemiach znajdowało się gniazdo szczurów.

Szczury ruszyły by powalić ogra, ale nie miały ku temu zasięgu, w większości wstając po byciu ogłuszonymi. Szary Prorok skavenów musiał rzucić zaklęcie, które dawało dodatkowy ruch wszystkim modelom w zasięgu zaklęcia, mogą prowadzić nawet do szarży. Tu sprawa była prosta – Adrenal rzuci czar, zaszarżuje mi ogra – wygra mecz, ja rozproszę czar – ja wygram mecz, bo zdążyłbym skarb donieść na miejsce.

Nie zdałem rozproszenia czaru O JEDNO OCZKO.

Przyznaję, to był znakomity mecz, uwielbiam takie sytuacje 😀 Była tu masa zapomnianych zasad, zapomnianych modeli (ja raz zupełnie nie ruszyłem się kotami, a Adrenal tak mocno zapomniał o swoich Guttersach, że jeden do dzisiaj został w Katowicach i szykuje zasadzki na następny turniej!) ale ogólna satysfakcja z meczu – naprawdę doskonała!

Zająłem prestiżowe 😉 dziewiąte miejsce, dodatkowo zgarniając nagrodę za najlepiej pomalowaną bandę (a w zasadzie dwie z nich 😀 )

20181020_123606

Dziękuję za kolejny zacny turniej, ale przyznaję, że po tym byłem wymęczony w sposób niesamowity! Dużo się działo, tym bardziej, jak się na turniej dodatkowo zaprosiło żonę i znajomych, za co im również dziękuję, że chcieli grać w system, którego zbyt dobrze nie znali!

Reklamy

Element terenu: Egzotyczne targowisko

W dzisiejszym wpisie chcę się podzielić najbardziej wymagającą i skomplikowaną makietą na stół, jaką do tej pory popełniłem 🙂

Zawsze wychodzę z założenia, że makieta powinna być grywalna i nie utrudniać zabawy, a przy tym znakomicie się prezentować. Założeniem tego targowiska była masa smaczków, detali i drobiazgów widocznych tylko pod pewnymi kątami, a jednocześnie zachowanie powierzchni, gdzie można ustawić modele, które będą się kryć, bić albo łupić.
Dlatego też, po zrobieniu makiety na konkurs do Maniexa, stwierdziłem, że zostaję przy egzotyczno-pustynnych klimatach i strasznie mnie wzięło, na próbę zrobienia makiety wraz ze straganami.

Lećmy po kolei!

Zacząłem od stworzenia bazy pod makietę w postaci kwadratu ze spienionego PCV o grubości 3mm ze ściętymi rogami (ot, taki sznyt wszystkich elementów terenu na ten stół). Pierwszy stragan zbudowałem dla skali, żeby mieć punkt odniesienia dla kolejnych elementów makiety. Cały, w stu procentach (w tym profile i deseczki) wykonałem z balsy. Tylko zadaszenie było przygotowane z naprawdę najgorszej jakości bawełnianej surówki, którą dodatkowo postrzępiłem i umoczyłem w mieszance wikolu z wodą. Dzięki temu zastygło w odpowiednim kształcie. Elementy kamienne zbudowałem odpowiednio:

  • kolumny ze styroduru Austrotherm o grubości arkusza 2,5cm
  • ściany z XPS-u Synthosu

Różowy styrodur, by miał bardziej „kamienną” fakturę ugniotłem zwitkiem folii aluminiowej, XPS zaś wgłębiłem zaokrąglonym rysikiem (ale do tego celu nada się i stary długopis).

Żeby ściany nie były nudne, skorzystałem z elementów do tworzenia biżuterii, z której poodcinałem wszelkie „zawieszki”. Dzięki temu stworzyłem coś w rodzaju płaskorzeźb na ścianie. XPS od wewnątrz pociągnąłem grubą warstwą gesso, żeby imitował tynk.

Drugie stoisko zaplanowałem dla handlarza pancerzami i bronią, toteż wykorzystałem całkiem spory asortyment bitsów różnego pochodzenia (w tym z dawno już nieprodukowanej ramki Mordheimowej!)

By zachować sznyt dekoracyjny, który już wcześniej użyłem, jako „trakt” wykorzystałem tłoczony element odklejony z zewnętrznej warstwy kubka na kawę z Maka 😀 Nie przestaje mnie zachwycać jak to super wygląda na makietach!

Pochodnię/koksownik (nie wiem jak to nazwać :P) zlepiłem również z elementów do tworzenia biżuterii oraz bitsa – cóż – pochodni z pudełka Flagellantów.

Nie mając ręki do GreenStuffu, bo rzeźbienie czegokolwiek w ogóle mi nie idzie, zamówiłem żywiczny zestaw koszy i skrzyń z jedzeniem od Hexy Shop. Jak zawsze znakomita żywica, fajne odlewy i mimo robienia stoiska „na oko” dwie skrzynki spasowały perfekcyjnie. Wybrałem skrzynię z bochenkami chleba i drugą z rybami. Trochę biblijnie, ale niczego tu nie trzeba mnożyć, mam zapas 😉

Roślinkę, na którą pomysł przyszedł mi nieco później, wykonałem zlepiając dwa fragmenty roślinności akwariowej. Jest to – wedle mnie – najsłabszy element tej makiety, ale niestety na jakość plastikowych wytłoczek tej roślinności niewiele mogłem poradzić. Nie chciały za nic w świecie zejść z tego nadlewki.

Czas zabrać się za spreje, aerograf i pędzel, przechodzimy do malowania! 😀

Wiadomo, podstawy 🙂
Podkład to spreje akrylowe, potem już aerograf, żeby utrzymać kolorystykę zgodną z resztą moich pustynnych makiet. Ogólnie każdy kamień to przejście od Zandri Dust (Citadel) do Bonewhite (Vallejo Air).

Chciałem naprawdę porządnie dopieścić stragany i bitsy oraz pamperki na nich. Zresztą, wszystko widać na zdjęciach powyżej! Z początku ryby były tylko srebrne (Silver – Vallejo Metal Color) ale okazało się, że zlały się w tak nijaką kupkę, że trudno było nawet dostrzec, co jest w skrzynce. Zalałem je Drakenhof Nightshade (Citadel) dla niebieskiego pobłysku, po czym naniosłem różne kolorowe odcienie łusek, żeby wyglądały na różne gatunki. Wszystko dostało lakier błysk od Vallejo, by wyglądały na mokre i śliskie. To prezentowało się już naprawdę ok, ale by nie było, że rybami cuchnie na całym targowisku, bo nieświeże, dodałem „lód” w którym trzyma je handlarz. Na pomoc przyszedł oczywiście Technical Valhallan Blizzard (Citadel).

Kolejnym etapem było wyciąganie wszystkich detali i układanie większej ilości drobiazgów. Kamienie oczywiście dostały potężnie rozwodnioną dawkę Smoke (Vallejo), przez potężnie, mam na myśli spokojnie 95% wody do 5% farby. Następnie drybrush do wyciągnięcia wszystkich detali.

Na makiecie pojawiła się jeszcze skrzynka z jabłkami (Tiny Tales Studio) oraz skrzynka na której planowałem umieścić więcej bitsów (skrzynka od MiniMonsters). Tu już zbliżałem się do szczęśliwego zakończenia 😀

Po pomalowaniu wszystkich elementów, czas było na doklejenie dodatkowych tarcz, włóczni i gdy to już było umieszczone solidnie – roślinność.

Tufty traw jak i biało-purpurowe kwiaty miałem od MiniNatur, kępki mchu od niezastąpionego Sławka z Paint Forge, a mieloną gąbkę z własnych zasobów, bo chciałem nieco ożywić kolorystycznie ściany!

Na zdjęciach też zestawiłem z modelami mojej Złotej Kompanii, by było porównanie skali.

Teraz muszę skleić/zdobyć jakiś fajny model handlarza 😀

Relacja z turnieju Warheim: Przeklęty Szczurołap

24 Marca (nie ma to jak w miarę aktualna relacja, czyż nie?) miałem okazję oraz niewątpliwą frajdę wziąć udział w swoim trzecim już z kolei turnieju Warheim w katowickim Innym Wymiarze.

Tym razem, motywem przewodnim turnieju był Przeklęty Szczurołap, którego postać miała symbolizować przygotowana specjalnie na turniej figurka. Zamówiłem bitsy i po niedługim czasie mogłem już sklecić Szczurołapa. Głównie zeszły na niego części ze zwykłego wojaka Empire State Troops, nieco drobiazgów od Skavenów, w tym głowa jednego z elitarnych Stormverminów. Ot, go big or go home, czy coś 😉 Po użyciu dość solidnej ilości GSu, szczurołap prezentował się zacnie. Pomalowałem go na barwy purpurowo-fioletowe, bo też nie ukrywałem, że to również on zapoczątkował (jeszcze niegotową) Złotą Kompanię, czyli sporą, ludzką bandę do Warheim.

Nieskromnie również pochwalę się, że jaskrawe barwy oraz specjalnie przygotowana podstawka, dały mi drugie miejsce w konkursie na najładniejszy model Przeklętego Szczurołapa, którego możesz obejrzeć poniżej:

Z racji tego, iż postanowiłem powalczyć w turnieju Nieumarłym Zastępem z Nehekary, czyli starymi (no trudno, żeby nie…) dobrymi (tu też nieco powątpiewam…) Khemryjczykami, oczywiście głównie będącymi klekoczącymi kośćmi odzianymi w gustowne bandaże i w towarzystwie hordy skarabeuszy, miałem nieco więcej pracy do wykonania. I to w temacie tych ostatnich wymienionych, QC, który jest odpowiedzialny za Warheim FS, podmienił znane z Warhammera Fantasy Battle Scarab Swarmy na 40mm podstawkach, na zdecydowanie mniejsze – na podstawkach 25mm. Wymagało to przygotowań, czyli zbudowania owych podstawek wraz z odpowiednio klimatyczną scenerią, by nie były po prostu puste. Tu z pomocą przyszła mi Haru, która okazało się, że rzeźbi w GSie wielokrotnie lepiej, niż ja bym mógł choćby próbować i tak oto powstało sześć podstawek z całkiem zgrabnymi skarabeuszami, od tych malutkich rozmiarów, do skubańców wielkości cziłały:

No to tyle w temacie przygotowań, oczywiście resztę bandy też musiałem ładnie odmalować, wykonać podstawki i mieć gotowych do walki.

Na poszukiwania skarbów, magicznych przedmiotów i mordowanie przeciwników wybrała się garstka bohaterów:

Książe Grobowców
Licz
Dwóch Heroldów
Nekrotektka
Przeklęty Szczurołap

Ze stronników, zabrali ze sobą jedynie trójkę Strażników Grobowca, bo na tyle wystarczyło złota na wyprawę, oraz nie ukrywajmy – jako jedyni zbierają doświadczenie, do tego zaczynają z fajnym ekwipunkiem i posiadają umiejętność Zabójczy Cios, na którą to liczyłem w pierwszym scenariuszu.

I tak, wiem, że poprzednia relacja była fabularyzowana, ale po prostu z pozycji bandy truposzy, jest to dość…monotonne, dlatego pozostanę przy klasycznym układzie 🙂

Pierwsza Potyczka

Pierwsze spotkanie postawiło mnie naprzeciw Szczerego i jego kompanii Zwierzoludzi. W scenariuszu chodziło o ubicie wielkiego mutanta, który dysponował kilkoma asami w rękawie, jak choćby tym, że był niewidzialny i trzeba go było najpierw wykryć.

Mając doświadczenie z gier o czołgach, wiedziałem, że nie mogę wystawić się przy krawędzi przy której zaczynał potwór, bo zwyczajnie mi zwieje. Wystawiłem się więc mniej więcej po środku stołu, co sprawiło, że gdy tylko byłem w stanie dopaść potwora, stał naprawdę blisko mnie. Wszystko poszło według planu i obskoczyłem go, nie tylko zatrzymując go daleko od sił Szczerego, to jeszcze dodatkowo – starając się zadać ten Zabójczy Cios i pozbawić go życia jednym cięciem. Po drugiej stronie stołu, biegałem schowanym w cieniu Szczurołapem, by wykonać jego zadanie i dostać się do strefy rozstawienia przeciwnika, ale niestety – Harpie Szczerego spadły na Szczurołapa niczym zły omen.

Udało mi się zadać dwie rany Potworowi, ustać całkiem długo Szczurołapem w walce z Harpiami i jedną nawet powalić na ziemię, do tego Licz wystraszył Wilki i te go nie zaatakowały. Ogólnie do połowy meczu wszystko szło z grubsza po mojej myśli.

Następnie zawiodło szczęście, czy też raczej – dopisało Szczeremu – dopadł on Potwora swoimi jednostkami, oraz Harpie powaliły i zatłukły mojego Szczurołapa, co dopiero miało przynieść niemiłe konsekwencje. Po tym zaś Szczery utłukł potwora, zadając mu ostatnią ranę i tyle było mojego grania. Mecz przegrany. Nie jakoś bardzo, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

Dodatkowo, w Sekwencji Po Potyczce okazało się, że cały myk Przekleństwa owego Szczurołapa polega na tym, że jak zginie, to „wybucha” jednego z moich bohaterów i wchodzi zamiast niego do kolejnej gry. Przecudownie. Szczęśliwie chociaż, że wcielił się w Herolda.

Druga Potyczka

Ten scenariusz zapowiadał się ciekawie, ponieważ na środku stołu znajdowała się Fontanna, w której Bohaterowie każdej z drużyn, mieli szansę szukać skarbów, wyciągając je i jednocześnie próbując zatrzymać przeciwnika. Do tego pośród ruin szalały watahy szczurów, wygłodniałe i poruszające się w losowym kierunku.

Potyczkę rozgrywałem z Shawassem, który to przybył na swój pierwszy turniej z Rzeszowa. Dowodził Grasantami Chaosu spod znaku Nurgla.

Rozpoczęło się dynamicznie, bo dwa „psy” chaosu, reprezentowane przez olbrzymie ślimaki, próbowały biec flanką, by móc moje siły zaatakować od  boku. Cała podstawowa piechota ruszyła zaś na złamanie karku na wprost, bo zasada Berserker każe im iść do najbliższego wroga w prostej linii.

Bitwa 3

Od tej bitwy miałem pod swoją komendą dodatkowych pięciu Łuczników. Zwykłe szkielety są niesamowicie plewne, tak więc z pomocą mojej Nekrotektki starały się trafiać z łuków Strzałami Asaph i całkiem niegłupio im to wychodziło.

Potyczka ta jednak była dość brutalna dla Shawassa od samego początku, bo horda szczurów przemeblowała w sposób straszny jego „psy chaosu”, a moi łucznicy najeżyli strzałami twardych bohaterów jego bandy. Nim się zorientowaliśmy, ilość zgonów w bandzie Nurglitów sprawiła, że Shawass musiał zdać test rozbicia i…. cóż. Nie zdał pierwszego. Żaden z nas nie miał nawet pół skarbu wyłowionego z fontanny, tak więc obaj przegraliśmy ten mecz.

Niedosyt i rozczarowanie było ogromne 😦

Trzecia Potyczka

Gdy zobaczyłem, że przyszło mi walczyć z Zawiszą, nieco zbladłem, bo jego Wysokie Elfy z reguły prezentowały bardzo mocno wykręcony poziom. Gdy dodatkowo zaczął wystawiać na stole Balistę, to naprawdę moja mina musiała być nietęga. Na poprzednim turnieju Zawisza rozłożył mnie 20:0, więc postanowiłem nie odpuszczać, tylko zdecydowanie wziąć się w garść i wycisnąć z tej potyczki co tylko się dało! Był to ciekawy scenariusz, w którym pogoda dawała mi sporą przewagę, bo była gęsta mgła, więc balista Zawiszy nie była w stanie siać zniszczenia od pierwszej tury. Po drugie, trzeba było biegać i zapalać latarnie, kto zapali 4 z 7, wygrywa scenariusz. Zapalać mógł oczywiście tylko Szczurołap. Do tego miałem dwa świetne rzuty na ilość skarabeuszy i na 2k3 – miałem pełną szóstkę.

Miałem plan na tę potyczkę, z racji centralnie umieszczonej ruiny po środku, do której dość szybko dążyła znaczna większość bohaterów Elfickich. Rozdzieliłem się więc na trzy grupy, a do tego wszystkiego łuczników wpakowałem na wzgórze wraz z Nekrotektką, by lepiej widzieli przeciwnika, na tyle na ile – oczywiście, pozwalała mgła.

Początkowe tury były bardzo szybkie, bo nikt nic nie był w stanie zrobić, poza Szczurołapami biegającymi od latarni do latarni. Gdy jeden z Elfich Bohaterów z umiejętnością Szybki chciał skusić mnie szarżą na siebie, wysłałem do tego celu Skarabeusze, przez co Zawisza wiedząc co się święci, podjął decyzję o dobrowolnej ucieczce modelem, na kosmiczne 2k6″. No i przebiegł naprawdę daleko. Dzięki temu, w budynku związałem w walce elfy głównie skarabeuszami oraz Strażnikami Grobowców, dzięki czemu po prostu jedna i druga strona bez specjalnych efektów machała do siebie bronią i tyle. W tym czasie przeprowadziłem plan oflankowania przeklętej balisty i posłałem w tym celu skarabeusze, które to balista zdjęła wszystkie trzy, ale to nie był problem – były przywołane zaklęciem. To sprawiło, że kupiły mi czas na przejście bokiem Heroldów i ostatniego Strażnika Grobowców i zaszarżowanie na balistę i jej obsługę. Dzięki temu miałem związane w walce wszystkie utrudniające mi zadanie jednostki przeciwnika, problemem był Szczurołap Zawiszy, który biegał również z zasadą Szybki. Plan był prosty – zabić go. Tym bardziej, że zapalił już trzy z czterech wymaganych do zwycięstwa latarni. Liczyłem tylko na łut szczęścia i się udało, cała piątka łuczników wystrzeliła i zabiła Szczurołapa, przez co mój mógł wykonać swoje zadanie. Zawisza nie chciał ryzykować strat i sponiewierania swoich sił, więc poddał walkę jednocześnie decydując się na moje pełne zwycięstwo!

Bardzo satysfakcjonujący mecz, znakomity scenariusz i co najlepsze – wspaniałe odegranie się za poprzedni turniej, również 20:0 tym razem dla mnie!

Potyczka Finałowa

Do ostatniej bitwy przystąpiłem w niezmienionym składzie, za to z większą ilością umiejętności i zaklęć. Czwarty scenariusz, wedle tego co się działo na stole był kulawy i błędnie opracowany. Szczurołapy miały się bić między sobą i tylko oni sami. Dążyli też w prostej linii do zwarcia. Teren był długą drogą, dodatkowo nękaną co najmniej dziwaczną „pogodą” czyli burzą chaosu oraz na domiar złego ze znacznikami piorunów, które uderzały w miejsca, gdzie przed walką rozstawiło się znacznik. Czyli w sumie nikomu nic nie zrobiły. Pic na wodę.

Pojedynek czekał mnie z Leśnymi Elfami Domana (swoją drogą, prześlicznie zrobiona banda!) oraz oczywiście, jego Szczurołapem wraz z wiernym Małym, Ale Zajadłym Psem!

Tu naprawdę niezbyt jest o czym pisać, dwie bandy powolutku się do siebie zbliżały (ja parłem do przodu, Doman się wycofywał) latały kule ognia i naprawdę dużo strzał. U mnie gąbką na ataki były skarabeusze, u Domana zaś driady, czyli najtwardsze z jego modeli. Tak czy inaczej, była to jedna wielka machanina bez efektu z nielicznymi zgonami głównie po stronie elfiej. Mecz zakończyliśmy remisem, bo do końca czasu nasi Szczurołapowie nie potrafili się wzajemnie zatłuc 😀

Jak zawsze dziękuję za świetny turniej i masę zabawy, oraz oczywiście – górę fantów, które z owego turnieju przytargałem 😀

 

Otwarcie Elminowego bloga :)

Raport z turnieju Warheim: Mitterherbst

W ramach rozrywki i chęci kontynuowania frajdy z gry, postanowiłem sklecić fabularyzowany raport z turnieju, który rozegrał się ostatniego dnia września roku pańskiego 2017 😉

Zajęło to troszkę, bo ostatnio wszystko, tylko nie próżnuję! Niemniej, jednocześnie pomyślałem, że to dobry wpis na początek, jako otwierający blogaska, którego nigdy nie planowałem stawiać 😀 Tak, serio. Wyszło przypadkiem, ale nie żałuję, bo mam już nieco zebranych materiałów, by umieszczać i opisywać zarówno raporty z turniejów (ale nie obawiajcie się, dwa turnieje rocznie to znów nie takie dzikie szaleństwo!) jak i tworzenie modeli, malowanie, konwertowanie ale też granie -wszelakiego- rodzaju! 🙂

Miłej lektury!

PS. Bierz proszę pod uwagę, że wszelkie błędy ortograficzne, są umieszczone w celu otrzymania bardziej orczego klimatu 😉

Przygotowania:

Herszt Kabargash obszedł naszą Bojową Bandę jak jakiś ludzikowy jenerał czy inszy szef elfowy. Chrzęścił tą swoją ciężką zbroją, rembaki i wielgachny topór kołysały mu się na plecach, a trzeba Wam wiedzieć, że to kawałki żelaza, wielokrotnie maczane po same łapy we krwi wrogów! Herszt nie nosił zwykłego hełmu, jeno miał wielką Żelazną Szczenę. Chroniła przed ciosami równie dobrze, bo od góry czarnego orka to mało kto łupnie, a od dołu i boku żelazne kły odbijały większość ciosów. Dobra rzecz!
Jak tak sprawdzał stan naszego ekwipunku, czy czysty (nawet nawet!), czy niezbyt zardzewiały (tu słabiej) albo czy zwyczajnie równo Chopaki stały w rzędzie (dramat…) to wyszło mu, że mu czegoś brakuje, a to ponoć ma być taka wyprawa, co gdzie każdy ma wiedzieć, kto idzie! Wziął jednego z chopaków, kazał mu znaleźć największą tyczkę w okolicy i sam poszedł do swojego namiotu. Wieczorem, gdy była już tyczka (naprawdę niezła! Ale to temu, że Kabargasha każdy się bał, żeby za niesub… Żeby w ryj nie zarobić stalową rękawicą), Herszt wylazł z największym hełmem Czarnych Orków, jaki widziałem. Chyba na trolla mierzony, bo nawet Szefu nie miał takiego czerepa! Zatknęliśmy hełm na tyczkę i powierzył tak przygotowany sztandar temu, co znalazł tę cholerną tyczkę i stwierdził:
-No! Miętkie robaczywe łachudry! Teraz widzą, że to Żelazne Czachy nadchodzą, a nie byle obdartusy!

Przytaknęliśmy szefowi (bo w sumie miał rację! Jak zwykle, zresztą!), chopak się ucieszył, że taki dobry fant niesie i ogólnie zaczęliśmy zwijać obóz. Debeściaki już ostrzyły swoje Wielkie Rembaki, Hart’Kor, nasz szaman, nazbierał jakichś zwojów co to zieloną poświatę za sobą zostawiały i gotowi do drogi, ruszyliśmy zgodnie z mapą, którą podejrzałem u Herszta! Zmierzaliśmy w stronę jakiegoś całkiem sporego wzgórza…

top

Pierwsze Spotkanie

Powiem Wam, że dziwnie pachniało tego dnia. Wiatr był jakiś taki…niesprzyjajoncy! Tak coś w kościach nam łupało, jakby po nas w nocy rydwan przejechał. Z dzikami, rzecz jasna!

Tak czy siak, byliśmy na miejscu! Sztandar z wielkim czarno orkowym łbem lśnił w słońcu i aż palce świerzbiły, żeby co jakąś bitkę odstawić! Nagle Szef podniósł łapę w górę, no to jak na znak, zatrzymaliśmy się. Pokazuje stalowym paluchem, a tu – nie chce być inaczej – stary sztandar z pobojowiska wetknięty w środek wzgórza, co to go miał na mapie! Niech go Mork kopnie, ale Herszt to zawsze wie, co i jak! No i tak już mamy ruszać, jak Hart’Kor mówi, że nie jesteśmy sami. Dwa gobosy szybko wskoczyły na ruiny jakiegoś budynku, co tu stał już dość długo, bo porośnięty był wypłowiałą trawą i zawalony do środka, pełen kurzu i zupełnie nie mający żadnego łupu do zawinięcia. Popaczyły i złażą, mówionc jeden przez drugiego, że Szefie Szefie, ale tam jakieś dziwne jaszczurki idom. Herszt się tylko wyszczerzył zadowolony, dobył dwa Rembaki i już wiedzieliśmy, że ten dzień będzie jeszcze lepszy!

Dobyliśmy Rembaki i ruszyliśmy dosłownie kupą, mości orkowie! Gobosy też, ale trzeba przyznać, że od kiedy mają babę w oddziale, to się żrą jeszcze częściej niż zwykle, takoż na start dziewczę goblińskie strzeliło focha i stwierdziło, że nigdzie zadka nie rusza. No ich strata!
Rozdzieleni na dwie spore grupy, parliśmy do przodu. Trzeba było przeskoczyć przez jakiś stary, rozpadający się kamienny murek, by już widzieć w zasięgu wzroku sztandar i wzgórze. Wiedzieliśmy, przez skórę dało się czuć, że jak nie zajumamy tego starego fanta, to jakbyśmy mieli w ogóle tutaj dzisiaj nie przychodzić!
Wtedy zza wzgórza, -DOSŁOWNIE- przywiało w powietrzu jedną jaszczurkę! Jakby go z katapulty wystrzelono, ale nie rozpaćkał się o wzgórze, tylko miętko nogami stanął. Hart’kor splunął na bok, więc już było wiadome, że magiya jakaś i w ogóle na Squiga urok! No, nie wyglądało to źle, bo co to jakaś tam jedna iguana, ale po chwili dojecał na wzgórzę istny zestaw jaszczurkuf, czyli jedna jaszczurka, na drugiej siedząca. Duże to, kłapało zębami, no nic to! Więcej śmiesznego mięska będzie na ruszt! Wtedy też, jak już prawie pierszy jaszczur łapał fanta, usłyszeliśmy jak Szefu nabrał powietrza w płuca jak miechy…już poczuliśmy, jak wzbiera w nas radocha i siła, a potem ryknął takie WAAAAAGH! Jak dawno! Ale słowo daję, nigdy mie tak nogi nie niosły i gardła tak nie zdzierałem jak tego dnia! Powiem Wam, że miny jaszczurków były nietengie, czy nawet nie ten tengie! Stoisz se, prawie już wyciągasz łapę po fant, a tu pach! Wpada na Was najbardziej wkurwiona banda Zielonych, po tej stronie Ksienstw Granicznych! I to jeszcze z okrzykiem na gębach! Ha! No powiem Wam, że ten jaszczur na jaszczurku to trochę był problemem, bo się skubany umiał bić, ale ten co na nogach przyleciał, to nie dosięgnął paluchami NASZEGO fanta! Co to, to nie! Jucha się polała, Rembaki zanurzone w pokonanych po same paluchy! Herszt nasz złapał fant osobiście i wraca z nim tam, skond przyszliśmy. No i odwracamy się, a tu się okazuje, że się, skubany z piórek, drugi taki duży jaszczur na piechote, londuje nam między gobosami i przy Hart’korze! O Ty w łuskowy zad rembakiem dymany, nie ma takiego wyskakiwania za plecy! Gobosy, trzeba im przyznać, rzuciły się na niego z zębami, nożami i pałkami całkiem dzielnie. No, jak na gobosy! Hart’kor niestety w łeb zarobił i mroczki sprawiły, że leżał nieprzytomny, jak gobole okładały jaszczurke. Nasze Debeściaki wsparły gobosy, bo co to tak, żeby jakiś guwniak zabierał nam trofeum! (Jeszcze żywe, ale nie przesadzajmy!) Przyszedł więc jeden z Dużych, jak mu wywinął w czerep, to gdyby mógł, to by laćki w powietrzu zgubił. Ale się okazało, że jeszcze żyw no i faktycznie, jeden Gobos go dobił. Głupia sprawa, ale mały dostał w łeb, że jak jeszcze raz tak zrobi, to za amunicję do katapulty będzie robił i już się nie wymądrzał, ale widać było, jak zęba jaszczurce wyrwał. Cfaniak.

Podsumowujonc, jak to mawiajom ostatnio na mieście “meczyk wygrany, jaszczur podany” czy coś! Nawet policzyłem to, wyszło 12:8 dla nas. Nie ma to tamto, dobrze poszło! No i mamy fant!

Drugie Spotkanie

Kolejny dzień w drodze, tym razem trochę szpanujonc zdobytym fantem. Szef dostrzegł niemałe wzgórze na środku jakiejś dawno zrujnowanej mieściny. Słowo, same ruiny dookoła, wzgórze po środku i na jego szczycie….obozowisko! Beczułki z piwkiem, pieczone jadło i ogólnie aż nam trochę w brzuchach zaburczało, bo takie jaszczurki to nieco chuderlawe, więc iguana na patyku tylko z tego była. Okazało się jednak, że som dwa problemy.
Po drugiej stronie wzgórza zaczaiły się małe, brodate baryłki, pewnie ich zapach piwka przyciongnoł! A dodatkowo, właściciel obozowiska zastawił fest dużo pułapek po okolicy. No tak średnio, bym powiedział, zaczynał się ten dzień, ale ranek był, nie ma na co czekać, brać rembaki w dłoń i biegusiem. Dwóch debeściaków i Hart’kor powiedzieli tylko Moment! Pułapki! i poszli je rozbrajać. No tu też poszło z przeciętnymi sukcesami, Hart’kor dostał eksplozją w ryło i aż go odrzuciło, ale okazało się, że poza osmaleniem tylko dzwoni mu w uszach, jednemu z dużych się nie udało, ale bez jakiegoś przykrego efektu, a drugi, co dziwne dał radę. Po drugiej stronie wzgórza dało się za to słyszeć naprawdę dorodne eksplozje i muszem przyznać, że nawet przez chwile mi było szkoda tych małych baryłek. W końcu, co to za frajda, jak ma się mniej tych brodatych pieńków do wycięcia? No nie zmieniało to faktu, że teraz już można było solidnie się przebiec na wzgórze! Niestety, wejście na nie było…cóż. Wąskie! Jeden dorodny chopak na raz i tyle. Nie ma zmiłuj! Gobosy wspinały się bokami wzgórza, bo im to lepiej idzie, a my wężykiem, jeden za drugim. Troche tak głupio, ale no co zrobisz, jak nic nie zrobisz? No i jak wyleźliśmy na pierwszy bardziej płaski teren, to siem okazało, że z ruin po drugiej stronie wzgórza wylazły kraśki! No fakt, mało ich było. Widać było nawet dwie mocno dymiące pułapki z krótkimi trupkami leżącymi na nich. Niefart! No i wtedy ich niski szefu stwierdził, że nie ma tak, że się wszyscy zieloni pakują na wzgórze bez kłopotu, wyjął spluwe i wypalił. Kula odbiła się z donośnym dźwiękiem od wielkiej zbroi Szefa, a ten tylko mruknął parę przekleństw i wskazał pancernym paluchem kraśki a te, mając i tak słaby dzień, aż pobladły do koloru siwej brody ich mekaniaka. Jeden z gobów jak zobaczył polecenie szefa, to tak się zapalił, że wziął swój krótki łuk, napiął szczałę i jak ją posłał w te kraśki, to…wierzcie bonć nie, ale wraził ją prosto w oko jednemu z baryłkowatych wojów. Ten po prostu szczezł na miejscu i koniec. Kraśki jak pojęły, że u nas nawet gobos wycina ich wojów szczałą ze wzgórza, zawinęli krótkie nóżki tak szybko za pas, że nawet po gruzowisku wskakiwali do ruin. No tu było już wyzamiatane, wleźliźmy wszyscy, co do ostatka na wzgórze, wetknęliśmy nasz sztandar Zelaznych Czach na szczycie i wiedzieliśmy, że tego dnia, nic nie zepsuje!

Ponownie podsumowujonc, tutaj kraśki szczęścia nie miały od poczontku, tak więc jak się okazało, że właścicielem obozu jest dupny jak troll górski Ogr, to odpowiednią ilością trunku i dobrej zabawy, przekonaliśmy go, żeby się do nas dołączył. Potem się okazało, że za oręż robiła mu naprawdę, NAPRAWDĘ wielka armata. W tym ferworze dobrej imprezy, posłaliśmy cichaczem do obozu kraśków jednego gobosa, coby jak zasną, albo rannymi się zajmą, zostawił im na środku wiaderko pomarańczowej farby, brzytwe oraz worek cukru, żeby ze hehe, włosy popostawiali! 20:0 dla Żelaznych Czach! Nie ma to tamto! WAAAAAGH!

Trzecie Spotkanie

Powiem Wam, że ta bitwa to był trochę przypał. Nawet nie trochę, a mocno. Gobosy od poczontku czuły, że będzie źle, bo elfy im cuchnom. No nie poradzisz, nosy im wykręca i koniec! Stare rasy, psia mać, siedzom z tymi ksiengami i woluminami całe życie, to śmierdzom! Proste. Nie mniej, trzeba było to jakoś sensownie rozegrać, bo trzeba było biec ile sił w nogach, na drugą stronę tych zawszonych ruin, żeby uciec z naszym fantem-sztandarem i przenieść go tam, skąd przyszły elfy! No i musiało coś pójść nie tak! No musiało! Okazało się, że jeden ylf miał łuk pełen magicznego mambo-dżambo, który strzelał tak szybko, że oko bielało! Strzały waliły jak ogrza maczuga i leciały jakby znikond! Powiem Wam, że sam początek tego spotkania nie był zbytnio szczęśliwy. Hart’kor zarobił taką bombę na łeb zaraz na początku, że mu laćki spadły jak wycinał fikoła. Potem parę gobosów dostało, ale to nic poważnego, zresztą, kto by się przejmował! No i zanim dobiegliśmy do połowy tego parszywego terenu, to wyszło, że ich czarownik przygotował jakiś taki czar, który sprawił, że ylf z ich szmatą wskoczył w świeconce drzwi i wybiegł tam skąd przyszliśmy! Nawet nie było po co wracać. Ech. Do dupy taki interes. Po wszystkiemu okazało się, że wcześniej Herszt się rozmówił w nocy z tymi ylfami. Znał ich plan, wiedział, że ich czarownik da radę wypluć ich sztandar u nas i ogólnie słabe mamy szanse, a ten ich magiczny łuk, to naprawdę nas powycina. Takoż wyszło, że wszystkie strzały miały takom poduszke na końcu, z grochem, przez co w sumie nasze chłopaki przeżyły. Nie mniej, niesmak pozostał, nie rozmawialiśmy o tej walce więcej. Żaden Rembak we krwi nie był umoczon i to jest hańba. Jakbym miał włosy, to bym sobie na pomarańczowo pomalował, o!

Podsumować nie ma co, bo to przykry dzień był. 0:20 i tyle. Nie mniej, Herszt powiedział, co podkreślę -DO MNIE!- ej młody, choć teraz z nami, musimy się naradzić!. No i nie uwierzycie, ale serio, trzymamy się teraz razem z Szefem, Debeściakami i naszym Szamanem! No po prostu, aż sobie trochę sprzętu dokupiłem z tej okazji! Zgrabny pancerz, to nie w kij dmuchał! Ha! Bo co się okazało, mieliśmy conieco fantów na sprzedaż, po tej przykrej przygodzie. Wyszło z tego tyle złota, że Szef sobie Magiczny Rembak kupił, trochę zaklęć w nasz sztandar udało się upleść, a do tego, zostało dość hajsu, żeby zatrudnić trolla spod mostu, co to żeśmy go po drodze musieli minonć! Rzeczny, cuchnie trochę rybą, ale w sumie taki poczciwy dość. No i błyszczy się w słońcu. Nic to, blizny też trzeba gdzieś zdobywać, a tu się okazuje, że wyprawa ma się ku końcowi!

Bitwa Finałowa!

Herszt nas zebrał i powiedział wprost – Wszystko, albo zupełnie nic! Teraz albo nigdy! Albo zbierzecie zady w garść, albo jesteście guwno wartą karmą dla squigów! Jak szef tak zaczyna, to nie ma żartów, wierzcie mi! No i pytam, Szefie, ale co tak? a on na to wyjął swoją mapę, pokazał paluchem na resztki jakiejś durnej wsi. Pazurem przeciął ją na cztery i ułożył obok siebie, po czym mówi: tylko, jak Zielona Siła, naszych Żelaznych Czach, zajmie te tereny, po każdej ćwiartce – hehe – po kolei, to wygramy! I to wygramy solidnie! Nawet nasz Ogr się zapalił po takiej przemowie. A nie, zapalił lont do działa. Trochę się bałem, że dupnie, ale nie dupło. Miał od tego jakiegoś śmiesznego gobosa, co to go gnobem nazywał. Szef powiedział nam, że będziem mieli nieprzyjemność walczyć z nietopyrzami, co to już raz zdechły, więc trochę przykro, bo trochę głupio tak tłuc coś, co nie żyje. Zero frajdy, wiem co mówie! No ale, nie ma co, westchnęliśmy, złapaliśmy Rembaki i szliśmy tłuc. Podzieliliśmy się na dwie grupki. Mniejszą, co to miała tylko zająć i utrzymać ćwierć wsi, oraz ewentualnie sprawić, by wróg, który zaczynał po przeciwnej stronie, nie mógł przypisać sobie trzeciej ćwierci. O czwartą plan był – tłuc się do ostatniego zemba! No i przyznam, że nietypowe były te wąpierze. Ich dziwny, żylasty szefu latał, pokurczony był i szary. Mieli zombi, oraz ich czarownik cuchnoł trupem. Hart’kor, powiedzmy sobie wprost, miał kolejny raz pecha! Szkoda mi go, bo ani pół czaru nie dał rady wyczarować, przez te wszystkie dni. To można siem załamać! No i ten durny latajoncy wąpierz po prostu doskoczył do niego, z baaardzo daleka, po czym wygrzmocił mu tak, że znów szaman nam leżał z pustym wzrokiem. Ech. No co mieliśmy robić? Szef się wkurwił nie na żarty, ryknął WAAAAAGH! Nasz chopak ze sztandarem dostał znak od herszta i stuknął mocno tyczką o kamień, przez co aż mocny, zielony dym poszedł z tej wielkiej głowy czarnego orka! Poczuliśmy taki zew Łomotu, jak jeszcze nigdy! NIGDY! Nawet zombi przestały być straszne! Debeściaki pobiegły, jakby ich sprzęt nic nie ważył a my dopadliśmy wąpierza! Debeściaki zaczęły tłuc po ryju dupnego jak nasz troll Cmentara! Czy tam Graveira, zwał jak zwał. Ja już wiedziałem, że z tymi dwoma, to koleś ma równo przerąbane. Hehe. Dosłownie! Nasz troll, głupi, ale rzucił się na zombiaki, żeby po prostu je równo stłuc. Problemem był nasz Ogr. Ten ich durny czarownik sprawił, że ogr się nam źle poczuł. Słowo! To brzmi tak głupio, przy tak wielkim skubańcu, ale jednak! Powiem Wam w skrócie, że młócka wtedy działa się już wszędzie! Gdzieś w tym wszystkim były jeszcze gobosy, ale w sumie chyba za bardzo nie zwracałem na nie uwagi! Faktycznie, Graveir nieźle poharatał Debeściaków, ale byli w stanie ustać więcej, niż można sie po nich spodziewać! Tym bardziej, że przebiegły Ghast wpadł im na plecy i te durnowate Dregi! Wierzcie mi, to była walka tak równa, tak zaciekła, że dosłownie leciał zomb za zomb! Nie było zmiłuj i nikt nie dawał pola.
Aż do czasu.
Przyznam, że tego widoku nie zapomnę, chyba nigdy! Nasz ogr, dosłownie momentalnie złapał się za swój bebech, po czym widać było, jakby całe życie przez niego przeszło w czasie jednego ciosu dawanego ghulowi po ryju! Postarzał się, zszarzał, włosy mu posiwiały, wypadły, a potem oczy się zapadły i usechł! Dwa uderzenia ghula (po łbie) później, wiatr rozwiał suche jak proch szczątki ogra! Trochę scykałem, przyznam! Nie, że spodnie do wymiany, ale trochę jednak. Wtedy widzę, że ten ich przebrzydły nekruch aż się uradował na ten widok! Już zamierzył się z kolejnym czarem na naszego trolla! To se myślę, jak nam tak samo zestarzy trolla, to jesteśmy, nie przymierzajonc, w czarnej dupie. Nie to, że rembaki nam się stempiły, ale kurde, troll i ogr, to nie w grzyba dmuchał! No i wtedy dosłownie na chwileczkę, zawiało jak sam skurczybyk, coś rozdarło powietrze nad nekruchem, spuchła mu głowa, ale tak jak nadmuchany miech, po czym jak nie dupnie! Jak nie walnie! Eksplozja była taka, że rozsadziło gnojka na najdrobniejsze kawałeczki! A tak mocno, że sztandarowego ichniego, co to stał obok nekrucha, zwiało jak drzazgę! Wybuch był tak wielki, że ten ich Ghast, co to tłukł Debeściaków po plecach też wyparował! I ghule sprzątnęło! No i wtedy jakby na to nie spojrzeć, nawet trupy skumały, że coś poszło nie tak! No i ten ich wąpierz, lany przez nas równo i dookoła, nabrał powietrza w płuca, by ryknąć, że mają stać i walczyć, oberwał od Szefa w kule. Serio. Nie wiem czy wąpierze mają kule, czy im uschły, ale oberwał kopniaka z pancernego buciora czarnego orka! Jego krzyk zamienił się w pisk. Niby nie oberwał solidnie, niby to nie była taka rana, żeby mu jakaś posoka pociekła, ale wystarczyło! Jego truposze wiedziały, że to już zbyt wiele i zaczęły pierzchać, jakby sam Gork ich gonił. Albo Mork.

Podsumowanie! To było zwycięstwo! Trochę gorzkie, bo Hart’kor ponownie się nie popisał, dostając w czerep praktycznie na samym początku, troszkę przykro, bo nam ogra przeminęło z wiatrem. Troszkę niedosyt, bo jednak milej nekrucha nadziać na rembak, a nie patrzeć, jak mu łeb wybucha. Ale zwycięstwo! 17:3 dla Żelaznych Czach! Herszt kazał nam rozbić obóz i ruszył gdzieś, odebrać zasłużone nagrody! Ponoć wiele band pod sztandarami biło się wtedy w okolicy i byliśmy siódmi! Na aż 20 innych band! Ja tam jestem z nas dumny fest! Aż sobie upiekłem squiga i wypiłem krasnoludzkie piwko, z tej okazji!
Do następnej bitki, chopaki!